Polski postpunk. Krótka historia

Rafał Księżyk
19.06.2026

Postpunk czy nowa fala? Używam tych określeń wymiennie. Pierwsze można odnieść do alternatywnego rocka, drugie – szerzej – również do muzyki pop. Ale przecież w latach 80. minionego wieku, gdy zjawisko miało swój czas burzy i naporu, terminu „postpunk” nie było w użyciu. I tak najważniejsza jest muzyka.

W połowie lat 70. na muzyczną scenę wdarł się punk rock i zmienił reguły gry. Bogom podobne gwiazdy, serwujące patetyczne „suity” rockowe i rozkochane w niekończących się solówkach, okazały się śmieszne. Teraz to dzika energia i bezczelna dosadność rodem z korzennego rock’n’rolla porwały młodą generację, a także podpatrujący ją szołbiznes. Ale takie erupcje szybko się wyczerpują. Prostota przestaje wystarczać. U schyłku siódmej dekady na gruzach starego porządku tworzyły się nowe kierunki. Nastał moment poszukiwań i otwartości, jakich nie było na scenie od czasów psychodelii lat 60. Nowa fala wchłaniała brzmienia elektroniki, motorykę funku i disco, rytmy muzyki świata z reggae i afro na czele. A przy tym nie tylko alternatywa – też rock i pop – przemawiały w kontrze do hippisowskiego luzu i eskapizmu minionej epoki.

Nie dało się inaczej również dlatego, że tamten czas określały kryzys naftowy, nawrót zimnej wojny, wreszcie twarda polityka neoliberalna. Gdyby poszukać jednego słowa, które określiłoby granie po punku, byłoby to „niepokój”. Trudno się zatem dziwić, że dziś powróciła nowofalowa estetyka w swoim najmroczniejszym wydaniu. W ostatnich latach pojawiło się w Polsce nie mniej niż 30 młodych zespołów, które sięgają po różne maniery postpunkowej muzyki lat 80., z gotykiem i zimną falą na czele.

Gdybyśmy chcieli uporządkować polską chronologię nowej muzyki i ją klasyfikować, napotkamy spore trudności. Bardzo dobrze, bo to tylko świadczy o sile tego ruchu, który nacierał, za nic mając wszelkie porządki. Rzućmy tylko okiem na tę gmatwaninę. Warszawskie zespoły Tilt i Kryzys oraz trójmiejski Deadlock, które uchodzą za rodzimych pionierów punk rocka, w momencie debiutu grały już w zasadzie postpunkowo. Tyle że o „postpunku” w Polsce zaczęto mówić dopiero w nowym stuleciu.

Wcześniej o ich dokonaniach mówiło się naprzemiennie, bez rozróżniania: punk albo nowa fala. Ten ostatni termin podjęły pierwsze festiwale prezentujące nową muzykę: I Ogólnopolski Przegląd Zespołów Rockowych Nowej Fali (Kołobrzeg, sierpień 1980), I Przegląd Nowofalowych Grup Rockowych (Toruń, listopad 1980), Nowa Fala na Odrze (Wrocław, czerwiec 1981). Być może chodziło o to, aby słowem „punk” nie zwracać uwagi komunistycznej cenzury, ale fakty były takie, że młode zespoły szły wówczas jedną ławą, nie zawracając sobie głowy stylistycznym puryzmem. Rozdźwięk estetyczny pojawił się dopiero, gdy do głosu doszła druga generacja punka spod znaku hardcore, radykalna tak w skórzano-ćwiekowym image’u, jak i wściekło-dosadnym graniu. Koronnym przykładem przypadek Siekiery, która triumfowała na festiwalu Jarocin 1984 w punkowym wcieleniu, a gdy rok później przedstawiła wsparte przez syntezator chłodne, nowofalowe oblicze, została oskarżona o zdradę i obrzucona wszystkim, co publiczność znalazła pod ręką.

Nowofalowy bakcyl zainfekował masową wyobraźnię podczas 18. Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu w 1980 roku. Nie tylko słuchacze w amfiteatrze, ale też miliony telewidzów zobaczyli ostrzyżoną na chłopczycę wokalistkę w wyjątkowo drapieżnym, jak na tę scenę, rockowym repertuarze. Kora i Maanam wykonali wówczas Boskie Buenos oraz Żądzę pieniądza i z miejsca zyskali status gwiazd, co ugruntował wydany w 1981 roku album „Maanam”. Zarówno ich image, jak i brzmienie z tamtej dekady pełne były odniesień do nowej fali. Ale przecież zespół wywodził się ze środowiska hipisowskiego i po prostu przytomnie zaadaptował świeżą estetykę. 

Kora, fot. Jacek Awakumowski ze zbiorów Spichlerza Polskiego Rocka, Muzeum Regionalnego w Jarocinie
Kora, fot. Jacek Awakumowski ze zbiorów Spichlerza Polskiego Rocka, Muzeum Regionalnego w Jarocinie

Podobnie było z inną wielką gwiazdą, której hity wprowadziły pod polskie strzechy nową falę w jej esencjonalnym, modernistycznym wcieleniu. Mowa o Republice. Swój przełomowy koncert zagrali w listopadzie 1981 roku podczas II Festiwalu Nowofalowych Zespołów Rockowych w toruńskim klubie Od Nowa. Wcześniej jednak, przez kilka lat, jeszcze pod nazwą Res Publica grupa była naśladowcą art rocka spod znaku Jethro Tull.

I jeszcze jedna gwiazda, która wskoczyła do postpunkowego pociągu z całkiem innej pozycji, Lady Pank. W okolicach swej pierwszej i najlepszej płyty kopiowali oni brzmienie The Police, ikonicznej formacji nowofalowego pop rocka. Przy założeniu, że od rocka oczekujemy autentycznego głosu młodego pokolenia, Lady Pank, które korzystało z usług zawodowego tekściarza, było jednak raczej zjawiskiem estradowym. Robert Brylewski, współtwórca m.in. Kryzysu i Brygady Kryzys, wspominał, że gdy na jakimś przeglądzie zobaczyli na widowni Andrzeja Mogielnickiego (pisał m.in. dla Lady Pank), zaczęli śpiewać „po norwesku”, czyli mieszanką niby anglojęzycznych fraz, które miały brzmieć, a nie znaczyć, tak na wszelki wypadek, aby utrudnić mu podsłuchanie, o czym śpiewają młodzi buntownicy.

Trzeba pamiętać, że to były dwa różne światy: zapełniające hale gwiazdy, które podchwyciły nową falę, by kokietować młodzież oraz sama młodzież, która rozpoznała w tej estetyce najlepszy wehikuł do wyrażenia swego stanu ducha. Z całym szacunkiem dla wielkich przebojów dekady i ich twórców, esencja postpunka biła zupełnie gdzie indziej, objawiła się w momencie, gdy owa młodzież zaczęła śpiewać własne piosenki. A w tych piosenkach nie było estradowej kokieterii, ale raczej dzielenie się poczuciem absurdu i lękiem.

Ulubione pytanie: kto był pierwszy? Chieny Cmentarne. Wybieram nieco przewrotną odpowiedź, bo po tej efemerydzie nie zostały żadne nagrania. Grupę założyli w Ustrzykach w maju 1980 roku Bohun i Lelu, czyli współtwórcy bieszczadzkiej legendy punka, KSU. Znudzeni prostym graniem macierzystej formacji, zostawali po próbach, aby eksperymentować. I tak od punka przechodziło się do postpunka. Zachowały się za to nagrania innych pionierskich, iście młodzieżowych zespołów polskiej nowej fali, które powstały w 1981 roku. Kontrola W. (pierwotnie Kontrola Władzy, co rychło wyperswadowała cenzura) ze Zduńskiej Woli grała po amerykańsku w duchu Talking Heads, intrygując damsko-męskimi dwugłosami wyśpiewującymi teksty natchnione lekturą Franza Kafki oraz latynoskimi rytmami, które wygrywał na perkusji późniejszy celebryta, Wojciech Jagielski. Zespół doczekał się warszawskiej inkarnacji pod nazwą Kosmetyki Mrs. Pinki, słynnej z takich alternatywnych hitów jak Miłość na polu minowym i Ciągle w ruchu. Wielka szkoda, że nie zdołał nagrać albumu.

Druga ze wspomnianych grup, która również płyty nie nagrała, to Bikini z Torunia. We wczesnym wcieleniu elektryzowali obecnością trzech chórzystek (była wśród nich późniejsza żona Kazika Staszewskiego) i nawiązaniami do B-52’s. Ten zespół był wykwitem środowiska klubu Od Nowa, do którego należeli również Republika, Rejestracja, Nowo Mowa, Fragmenty Nietoperza, a nieco później Kobranocka. Jeśli dodać do tego wspomniany już Festiwal Nowofalowych Grup Rockowych, oferujący bezkonkurencyjny ogólnopolski przegląd, okaże się, że w formatywnych latach 1980-1982 stolicą polskiej nowej fali był Toruń. W drugiej połowie dekady kontynuacją festiwalowych tradycji Od Nowa była aktywność warszawskiego klubu Remont, gdzie odbywały się cotygodniowy cykl Rock Front oraz doroczny przegląd Poza Kontrolą.

Najważniejsze zespoły ukazujące niesłychaną kreatywność i oryginalność pierwszej inkarnacji postpunka to Brygada Kryzys (1981-1983) i Klaus Mitffoch (1979-1984). Oba przemknęły przez scenę jak komety, zdążyły jednak wydać płyty, które niezmiennie wyznaczają kanon polskiego rocka i były też pierwszą dokumentacją możliwości takich artystów jak Robert Brylewski, Tomasz Lipiński i Lech Janerka. Warto pamiętać, że te zespoły w swej początkowej fazie funkcjonowały w środowiskach powiązanych ze sztuką, bo to rzadkość w kręgu polskiego rocka. Twórcy Brygady Kryzys mieli do czynienia z warszawską galerią Post, muzycy Klausa Mitffocha przenikali się z artystami wrocławskiej ASP, którzy rychło zasłynęli działaniami w grupie Luxus. W podsumowaniu tamtego etapu zjawiska nie może zabraknąć też sceny łódzkiej, gdzie pomiędzy punkiem i postpunkiem frapująco nawigowały Brak i Phantom. Tą pierwszą grupą kierował Ziemowit Kosmowski, który na gruzach Braku (1980-1983) powołał nie mniej ciekawą formację jazzującej, popowej nowej fali, Rendez-Vous (1983-1987).

Republika, fot. Mirosław Stępniak ze Zbiorów Spichlerza Polskiego Rocka, Muzem Regionalnego w Jarocinie
Republika, fot. Mirosław Stępniak ze Zbiorów Spichlerza Polskiego Rocka, Muzem Regionalnego w Jarocinie

Najmocniejsze uderzenie polskiej nowej fali nadeszło w orwellowskim roku 1984, a jego areną była scena w Jarocinie. W latach 1984-1986 tamtejszy Festiwal Muzyków Rockowych, kierowany wówczas przez Waltera Chełstowskiego, przeżywał swój najpoważniejszy artystyczny wzlot, kiedy to ton nadawał mu niekoniecznie wściekły punk, ale raczej mroczny i nerwowy postpunk. Byli tacy, którzy kpili z przeładowanej ambicjami „chełstowszczyzny”, ale prawda jest taka, że na festiwalu zabrała wówczas głos zupełnie nowa generacja. Młodzi ludzie, których wchodzenie w dorosłość przypadło na czas stanu wojennego i łączyło się z poczuciem zamknięcia i braku perspektyw, odkryli swoją muzykę na depresyjnych albumach Joy Division i The Cure. Zainicjowany przez nie nurt cold wave, który w świecie anglosaskim przemknął jako jeden z sezonowych trendów, w realiach schyłkowego PRL-u urósł do rozmiarów pokoleniowego manifestu, zdominował polskie podejście do nowofalowej estetyki i do dziś ma swoich wyznawców. Nie znaczy to wcale, że dołujące klimaty zmonopolizowały postpunk, przypomnijmy choćby słynące z odważnie antysystemowego przesłania Ręce do góry z Piły, gdzie pierwsze kroki na scenie stawiał Grabaż, znany później z Pidżamy Porno i Strachów na Lachy.

Podczas Jarocina ’84 objawili się trzej najważniejsi reprezentanci zimnej fali. Przede wszystkim Variété z Bydgoszczy, hipnotyzujące poetyckimi tekstami Grzegorza Kaźmierczaka, które rychło zaczęło krzyżować nową falę z jazzem, a potem z elektroniką. Zespół działa do dziś, ponad stylistycznymi podziałami jako instytucja polskiej alternatywy, z 11 płytami na koncie, wśród których nie ma słabej. Efemerydą okazał się warszawski zespół Madame prowadzony przez Roberta Gawlińskiego i Roberta Sadowskiego, ale takie osobowości musiały pójść własnymi drogami. Zostały po nich świetne nagrania (Może właśnie Sybilla, Gdyby nie szerszenie) oraz wydana po latach, nie do końca reprezentatywna płyta koncertowa. Trójcę ówczesnych proroków zimnej fali dopełnia krakowskie Made In Poland, formacja, która wówczas stała się ulubionym naśladowcą Joy Division, natomiast najlepsze albumy nagrała po kolejnych reaktywacjach już w nowym wieku.

W latach 1985-1987 można było odnieść wrażenie, że w każdym polskim mieście powstał przynajmniej jeden zespół grający muzykę zimnofalową. Niektóre z nich triumfowały w Jarocinie, jak Ivo Partizan z Mogilna, inne okupowały szczyty promującej alternatywę Listy Przebojów Rozgłośni Harcerskiej, jak DHM z Puław (te dwie grupy łączyły nawiązanie do estetyki wytwórni 4AD, co przydawało im liryzmu), większość rozproszyła się, choć wciąż pamiętana jest przez lokalnych fanów. Tamte zespoły nie wchodziły w obieg profesjonalnej sceny, choć zdarzały się wyjątki, jak tarnowskie Ziyo czy Robert Gawliński. Inna jeszcze historia związana jest z wielką gwiazdą owej epoki, zespołem Aya RL. Był on kreacją producenta, Waltera Chełstowskiego, który zapragnął połączyć potencjały Igora Czerniawskiego i Pawła Kukiza. Wyszła z tego przebojowa osobliwość, bo jak przekonuje ich słynny debiut „Aya RL”, motywy nowej fali i synth popu połączyły się w ich piosenkach z kompletnie odległą od tych estetyk patetyczną emocjonalnością stadionowego rocka.

Ponadczasowym arcydziełem z tamtych „złotych lat” polskiego postpunka jest „Nowa Aleksandria” Siekiery, nagrana w nowym składzie, z syntezatorem, w grudniu 1985, a wydana rok później (w realiach PRL-owskiej gospodarki niedoboru to i tak było niezłe tempo). Chłodna, transowa muzyka z obsesyjnie powtarzanymi lakonicznymi tekstami ma w sobie jakąś pierwotną moc, a równocześnie wzniosłą, romantyczną marzycielskość. Kiedy płyta się ukazała, zarzucono jej kopiowanie Killing Joke (swoją drogą, jeśli zebrać wspomnienia wszystkich weteranów polskiej nowej fali, ta nazwa pada częściej niż Joy Division). Po latach, gdy opadły konteksty epoki, „Nowa Aleksandria” broni się znakomicie i trudno się dziwić, że to album kultowy na całym świecie. Niestety, autor wizji zespołu, Tomasz Adamski, stracił zainteresowanie Siekierą. Druga płyta, którą wydał pod tym szyldem w 2011 roku, przyniosła wysmakowane piosenki w duchu Marka Grechuty. Ciekawe, że symultanicznie, na zakładkę z „Nową Aleksandrią”, w studiu Tonpressu nagrywano inne nowofalowe arcydzieło tamtej epoki – „Historię podwodną”, autorski debiut Lecha Janerki. O tej płycie słusznie mówiono, że to niedościgniony zapis ducha czasów stanu wojennego, co zupełnie nie przeszkodziło temu, że powstał album ponadczasowy.

Postpunkowa inwencja w przekraczaniu stylistycznych granic i brzmieniowych eksperymentach najlepiej dała o sobie znać w drugiej połowie lat 80. na lokalnych scenach Trójmiasta i Rzeszowa. Zespołów znad morza nie sposób przyszpilić gatunkową etykietą, bo cóż można powiedzieć o Pancernych Rowerach, które zderzały kameralistyczne impresje z punk-funkiem, albo o Bóm Wakacje w Rzymie, specjalizujących się w zwiewnych dziewczęcych piosenkach z surrealistycznym pazurem. Dodajmy do tego Bieliznę i Aptekę, a już wiadomo, że był to odrębny ląd. Generalnie muzycy z Trójmiasta za nic sobie mieli panujące w reszcie kraju klimaty zimne i mroczne.

Na Podkarpaciu, odwrotnie, nurzano się w nich na maksa, dodając specyficzny galicyjski spleen. Nie było wtedy w Polsce postpunkowych zespołów, które brzmiałyby nowocześniej i wyglądały lepiej niż te z Rzeszowa. 1984, One Million Bulgarians, Aurora, No Smoking – to cały poczet, do którego dodać trzeba zgrabnie flirtujących z popem Noah Noah. One Million Bulgarians pierwsi zagrali w Jarocinie (1986) z programowanymi bębnami – mieli na koncie jeden z większych hitów tamtych czasów, Czerwone krzaki. Niemniej, chociaż trzy pierwsze z wymienionych zespołów nagrały znakomite albumy, to każda z tych płyt na premierę czekała kilkanaście lat, co skutecznie pogrzebało ich szanse na większą karierę. Swoistą puentę dla tej sceny dał elektroniczny duet Trumpets & Drums z transową muzyką EBM (Electro Body Music).

Trzeba jeszcze zatrzymać się na Dolnym Śląsku. W stolicy polskiej miedzi, Lubinie, działały wtedy dwie zjawiskowe grupy. Mikrofony Kaniony, laureat Jarocina ’86, zwracał uwagę brzmieniem bazującym na ksylofonie, sekcji dętej w składzie: helikon, saksofon, trompetta, oraz absurdalnymi tekstami. Wielkanoc, laureat Jarocina ’87, grający trochę tak, jakby hipisi naśladowali Talking Heads, miał niedościgniony atut w postaci wokalistki i autorki tekstów Katarzyny Jarosz, poczynającej sobie niczym Patti Smith. Dopiero po wielu latach ukazały się płyty obu zespołów, dzięki fanom, którzy zebrali ich rozproszone nagrania. Podobne archiwalne wydawnictwa uratowały surowe klejnoty z wrocławskiego undergroundu. „Białe Murzynostwo” (1987) Kamana & The Big Bit prezentuje unikalną, podlaną reggae odpowiedź na rozwichrzony nowojorski punk funk, „Ekscentrycy” (1991) Los Loveros to podróż w mrok, bez związków z zimnym gotykiem, inspirowana raczej deliryczną muzyką Birthday Party.

W przeglądzie lat 80. nie może zabraknąć debiutanckiej płyty Kultu, nagranej w 1986 roku, wydanej w 1987. Choć „Kult” brzmi kiepsko, a muzycy nie bardzo jeszcze potrafią grać, jest to album kapitalny za sprawą jakże nowofalowego połączenia kreatywnej zachłanności i napędzanych erudycją ambicji. Znalazły się tu nawiązania do niemal wszystkich stylistyk, które mogły zaoferować kierunki rozwoju poszukującym postpunkowcom. Słychać zatem afrobeat, reggae, dub, funk, hip-hop, neopsychodelię, jazz, electro i piosenkę kabaretową.

W Polsce przełomu lat 80. i 90. najatrakcyjniejszą ścieżką ewolucji postpunka okazało się coś zupełnie innego, mroczna i klimatyczna formuła rocka gotyckiego. Jego pionierami byli łódzka Pornografia i warszawski Closterkeller z charyzmatyczną Anją Orthodox na froncie. Ten zespół twardo stoi na scenie do dziś, choć z czasem zbliżył się do rockowego, a chwilami heavyrockowego środka. Taki był wiodący kierunek gotyku, który w latach 90. więcej wspólnego miał z metalem albo z elektroniką niż z postpunkiem. Kto ciekaw tych przemian, może prześledzić line-upy kolejnych edycji festiwalu Castle Party w Bolkowie, który od 1994 roku do dziś skupia fanów „mroków”. Na tej samej zasadzie warto się przyjrzeć obsadom Wrocław Industrial Festiwal, w 2026 roku obchodzącego 25-lecie istnienia. Hałaśliwa, eksperymentalna scena industrial, jaka rozwija się w Polsce od dobrych 40 lat, nie raz przecinała się z postpunkiem. Jeden z jej prekursorów, Hiena z Łańcuta, to przecież zespół, który wyłonił się ze wspomnianych Chien Cmentarnych.

Closterkeller, fot. Jerzy Fedak
Closterkeller, fot. Jerzy Fedak

W latach 90. nowofalowa estetyka straciła rację bytu, była przebrzmiała i nieświeża. Na scenie alternatywnej liczył się metal i hardcore punk, a rockowy mainstream zachłysnął się grunge’em. Pozostali maniacy – pasjonaci, którzy grali to, co lubili. I na tym gruncie pojawiło się kilka fenomenów długowieczności i konsekwencji, wyrastające z lat 80. DHM z Puław i Joanna Makabresku z Warszawy czy działająca od połowy lat 90. Psychoformalina z Wrocławia. Ożywienie zaczęło się w nowym stuleciu, gdy normalną koleją rzeczy zaczęła się moda na jeszcze do niedawna zapoznaną dekadę. I tu pojawia się pewien problem, bo nowofalowe motywy stały się wówczas wszechobecne, od gitarowych zespołów, które próbowano lansować dość naciąganym hasłem „nowej rockowej rewolucji”, aż po synth pop, którego renesans przyniósł w XXI wieku więcej nowych produkcji n iż w źródłowym d la s tylu przełomie lat 70. i 80. poprzedniego stulecia. Trudno jednak traktować tę muzykę w kategoriach postpunkowych, to była nowa jakość, choć często podlana nostalgią za burzliwą przeszłością i zafiksowana na jej brzmieniach, co zgrabnie podsumował termin retromania. Weźmy gwiazdę alt rocka tamtych czasów, Cool Kids Of Death: nagrali covery The Cure, Joy Division i Siekiery, we własnych piosenkach przemycili masę chwytów z orbity owych grup, ale trudno się oprzeć wrażeniu, że była to stylizacja, skądinąd przez dzieciaki przyjęta z entuzjazmem. Basista CKOD, Kuba Wandachowicz, pazur pokazał natomiast w Trypie, stworzonym razem z Pawłem Cieślakiem, Robertem Tutą i Marcinem Prytem. To istna supergrupa łódzkiego środowiska nawigującego między punkiem, nową falą i industrialem, a ich debiut „Kochanówka” (2010) pokazał wszystko, co najlepsze w tamtejszych eksperymentach. Szczególnie, że kapitalne teksty Pryta dużo zawdzięczają wyobraźni Jamesa Ballarda, który wraz z Williamem S. Burroughsem i Philipem K. Dickiem tworzył trójcę literackich inspiracji nowej fali. Również z Łodzi pochodzi duet Alles, który przekonująco zestawił minimalistyczną elektronikę z punkowym nerwem.

Skoro o elektronice mowa, nie można nie wspomnieć o kompilacji „Disco Chaos – Nowa Fala 2002”, na której przenikały się retro nostalgia, imprezowa gorączka, pastisz i punkowy zadzior. Choć tytuł zabrzmiał jak obiecujący manifest, tylko jeden obecny tam zespół zaznaczył się silniej, Super Girl & Romantic Boys, którzy w rzeczy samej najbardziej brawurowo zmieszali owe składniki. W sumie największymi beneficjentami powrotu eightiesów stali się młodzi adepci mrocznego grania, odeszły bowiem w niełaskę patetyczno-klimatyczne brzmienia gotyku lat 90. i mogli zwrócić się do surowych postpunkowych korzeni. Pokazały to zespoły Eva, Hatestory, Miguel & Living Dead, Wieże Fabryk. Jeszcze ciekawiej wypadła ewolucja grupy Schröttersburg z Płocka, która drapieżną nową falę przesyciła brzmieniami psychodelii, aurą krautrocka i obrzędowymi rytmami industrialu.

Nowe otwarcie przyniosła trzecia dekada nowego wieku, chciałoby się dodać, epoka post-COVID-owa. Wspomniany już bezprecedensowy wysyp młodzieżowych grup odwołujących się do co bardziej mrocznych i niepokojących rejonów postpunka wytłumaczyć może, moim zdaniem, jedno. Tworzą je ludzie, dla których czas wchodzenia w dorosłość zbiegł się z zamknięciem w kwarantannach. Czy była to pokoleniowa trauma porównywalna z izolacją stanu wojennego, która przebudziła polską nową falę? Całkiem aktualnym aspektem zjawiska jest natomiast fakt, że maniery i stylizacje, w których rozkochany jest gotyk, oferują atrakcyjne środki autokreacji w czasach rozmycia tożsamości płciowych. Atutem nowej sceny jest odrzucenie kiczowatej nastrojowości na rzecz drapieżnej ekspresji spod znaku garażowego deathrocka, a także to, że w nowych zespołach pełno jest dziewczyn, występujących nie tylko w roli wokalistek. Jej słabość stanowi natomiast zagrożenie uniformizacją, tak pod względem muzyki, jak i image’u. Póki co, ta scena wciąż czeka na przełomową płytę czy choćby przebój, które zaanonsowałyby zjawisko szerszej publiczności. Ale wszystko jest na dobrej drodze. Świadczy o tym zainteresowanie ze strony wydawców, nowe zespoły wydaje wpływowy weteran alternatywy, Antena Krzyku, powstała też wyspecjalizowana w nowym gotyku prężna wytwórnia Bat-Cave Productions. Kluby, a także squaty większych polskich miast regularnie organizują ich koncerty, a nawet mikrofestiwale. W tym kręgu warto przyjrzeć się zespołom Eat My Teeth, KSY, Marie Laveau, Nameless Creatures, Natures Mortes.

Średnie pokolenie przytomnie przypomina natomiast, że nowa fala to nie tylko chmurne klimaty, ale też drażniąca psuj-zabawa. Taką muzykę od lat niezmiennie serwuje wrocławskie środowisko lewicowych miejskich aktywistów, z którego wyłoniły się m.in. Ukryte Zalety Systemu, Przepych czy Atol Atol Atol. Ci ostatni w końcu 2025 roku wydali dewastujący album „Dron dron dron”, nową odsłonę wrocławskiej ścieżki wytyczonej przez Klausa Mitffocha i Kamana z The Big Bit, podaną z rozwichrzeniem na miarę czasów przebodźcowania.

Zaskakujące, jak dobrze poczynają sobie na tym gruncie weterani, i to ci, którzy debiutowali w 1984 roku! Była już mowa o fenomenie Variété, ale warto podkreślić, że w ostatnich latach zespół złapał jakby nowe życie, co ukazują albumy „Dziki książę” (2021) i „Sieć Indry” (2025), z muzyką nieoczywistą, transową, inteligentną. O ile Variété dawno zerwało z zimną falą, zespół MIP na „Passing By” pokazuje, jak jej środki wyrazu można zaadaptować dla potrzeb nowoczesnej, oryginalnej i bezpretensjonalnej muzyki granej tu i teraz. Co prawda skrót z nazwy muzycy rozszyfrowują jako Make Impossible Possible, ale wiadomo, że chodzi też o Made In Poland, bo w składzie znajdujemy ich współtwórcę, Artura Hajdasza. 

Stawiać trzeba jednak na młodzież i tu stawiam na Faraway. Ta warszawska grupa powiązana jest personalnie z nie mniej ciekawym Allarme. Na skąpanym w gitarowych sprzężeniach debiutanckim „Bruit” (2025) Allarme porywa intensywnością, za sprawą której ich piosenki zmieniają się w jakieś katakumbowe misteria. W muzyce Faraway, która wiosną 2026 roku wydała drugi album, „Radio Orient”, więcej jest przestrzeni i liryzmu. Rockowy skład z syntezatorem, kongami i saksofonem czujnie zderza punk, reggae-dub i psychodelię. Artyści deklarują związek z „apokaliptyczną polską szkołą nowofalowo-postpunkową” i jakkolwiek enigmatycznie to brzmi, słuchacz rozpozna poparte niezmanierowaną młodzieńczą pasją nawiązania do Brygady Kryzys. Budowanie takich nawiązań, kontinuum pewnej lokalnej „szkoły”, jest rzadkością w polskim rocku, a Faraway przekonuje, że przynosi to świetne rezultaty. Z tym większą nadzieją można patrzeć na odnawianie nowej fali.

20 PŁYT POLSKIEGO POSTPUNKA

Maanam, „Maanam”, 1980 
Brak, „Brak”, 1981-1983/2006
Brygada Kryzys, „Brygada Kryzys”, 1982
Kontrola W, „Bossa Nova”, 1982/2025
Republika, „Nowe sytuacje”, 1983
Klaus Mitffoch, „Klaus Mitffoch”, 1984
Siekiera, „Nowa Aleksandria”, 1986
Lech Janerka, „Historia podwodna”, 1986
Pancerne Rowery, „Wolność”, 1981-1986/2015
Kult, „Kult”, 1987
One Million Bulgarians, „Pierwsza płyta”, 1987/2004
1984, „Specjalny rodzaj kontrastu”, 1988/2003
Aurora, „Międzynarodówka”, 1988/2021
Variété, „Variété”, 1993
Tryp, „Kochanówka”, 2010
Alles, „Post”, 2014
Schröttersburg, „Dalet”, 2021
Eat My Teeth, Marie Laveau, Nameless Creatures, Natures Mortes, „Warsaw After Midnight”, 2024
MIP (Make Impossible Possible), „Passing By”, 2025
Faraway, „Radio Orient”, 2026

#Artykuł z kwartalnika