
Z Alicją Majewską i Włodzimierzem Korczem, jednym z najtrwalszych duetów w historii muzyki, rozmawia Dorota Serwa.
Jaką rolę w wyborze muzycznej profesji odgrywają mistrzowie? Ci pierwsi nauczyciele edukacji muzycznej?
Alicja Majewska: W świecie muzyki klasycznej takich mistrzów, pierwszych nauczycieli, spotyka się na kolejnych etapach edukacji artystycznej, ale ja żadnych tego typu szkół nie kończyłam. Moje konserwatorium muzyczne to kilkanaście lat prywatnych lekcji śpiewu solowego u profesor Olgi Łady, a zajęcia ze śpiewu wielogłosowego miałam w zespole Partita podczas nagrań, koncertów i festiwali pod kierownictwem Tośka Kopffa, świetnego muzyka. Wyboru tej profesji dokonałam sama, bo po pierwsze śpiewałam od dziecka niedługo po tym, jak zaczęłam mówić, a po drugie szalenie spodobało mi się kolorowe życie estradowe, te podróże do obcych krajów – Czechosłowacja, NRD, Bułgaria, Związek Radziecki, Rumunia – w tamtych czasach to były atrakcje dostępne tylko dla wybranych. Do tego wypłaty w bonach dolarowych, za które w Peweksie można było kupić kosmetyki, słodycze i inne cuda niedostępne w sklepach złotówkowych. Za czasów mojego dzieciństwa najważniejszym łącznikiem ze światem było radio, a w nim wydarzenia takie jak pogrzeb Bieruta, z którego najbardziej zapamiętam monumentalny, podniosły marsz żałobny. Może właśnie dlatego przez jakiś czas miałam ciągoty do wykonywania pieśni smutnych, a nawet tragicznych. Później docierały do mnie z tego radia dźwięki o wiele bardziej pogodne, jednak zawsze największe wrażenie robiły na mnie głosy o głębokim, bogatym brzmieniu, takie, jaki miała na przykład Sarah Vaughan. Nie wzorowałam się na niej, ale lubiłam słuchać.
Włodzimierz Korcz: A Sława Przybylska? Opowiadałaś kiedyś, że po wielu latach spełniłaś swoje marzenie z lat wczesnej młodości, wręczając jej na scenie fiołki.
AM: Tak, Sława posiada właśnie taki przyjemny, ciemny głos i śpiewa piękne piosenki, ale na niej też się nie wzorowałam.
WK: A mnie się wydaje, że w jakimś sensie tak. Może nie miałaś tej świadomości, ale podświadomie wzorowałaś się na tych paniach, które dbały o kulturę języka nie tylko w piosenkach, jakie zdecydowały się śpiewać, ale też w sposobie kontaktowania się z widzami. Na przykład na takich, które nie krzyczały ze sceny: „Jak się macie!”.
AM: Ale ja się nie wzorowałam na nikim konkretnym!
WK: Ja tylko mówię o tym, skąd się wzięła twoja estetyka. Dlaczego na przykład śpiewasz piosenki kantylenowe, z tekstami literackimi czy wręcz poetyckimi.
AM: Jak już trafiłam na ciebie, to śpiewałam to, co mi napisałaś i co mi się spodobało. Generalnie traktuję siebie jako piosenkarkę liryczną.
WK: Jesteś liryczno-dramatyczna.
AM: Dramatyczna może nie, charakterystyczna.
WK: Ty – charakterystyczna? Prywatnie tak. Chociaż na początku rzeczywiście byłaś troszkę charakterystyczna z tymi swoimi loczkami, bo miałaś mało lat i byłaś sympatyczna. A potem nabrałaś pewnych walorów, takich dramatyczno-lirycznych, i stałaś się kimś dużo bardziej dojrzałym.
Zadając państwu to pytanie, miałam na myśli mistrzów, którzy pozwalają odnaleźć swój styl, uskrzydlają i którzy pozwalają być sobą.
AM: Mój żyjący mistrz siedzi właśnie obok. Nie zawsze miałam ochotę się z nim zgadzać, ale chyba w końcu jednak uskrzydlił mnie i pozwolił odnaleźć swój styl.
WK: Dla mnie takim mistrzem był Zygmunt Konieczny. Jeszcze w czasie studiów zachwyciłem się jego rwanymi frazami, które tak fascynująco śpiewała Ewa Demarczyk, i przez jakiś czas próbowałem pisać podobnie. Parę razy usłyszałem nawet: „Ten Korcz to taki nasz łódzki Konieczny”. Jakiż ja byłem dumny! Zdobywałem nagrody za kompozycje w konkursach, gdzie publicznością była głównie entuzjastycznie reagująca studenteria, ale już na koncertach dla zakładów pracy szału nie było. Zrozumiałem, że za bycie drugim Koniecznym braw się nie dostaje i że muszę zrobić coś, żeby stać się pierwszym Korczem. Łatwo nie było, ale minęło parędziesiąt lat i w końcu jako tako się udało.
AM: A o mnie parę razy usłyszałam „polska Edith Piaf”.
WK: Kiedyś zadzwonił do mnie Wojtek Młynarski, nad ranem – on zawsze nad ranem dzwonił – i powiedział, że ma genialny pomysł. Bierze wszystkie najważniejsze piosenki Edith Piaf, tłumaczy na polski, a potem wyreżyseruje i poprowadzi recital Alicji Majewskiej, z którym objadą całą Polskę, a może i pół Europy. I ona się wycofała z tego, mówiąc, że nie da rady, że to za trudne. Młynarski w nią wierzył, ja namawiałem, a ona – że za trudne. Co i rusz miałem takie problemy z Majewską.
AM: Przerastało mnie to wtedy.
To kwestia skromności czy raczej samoświadomości?
AM: Samoświadomości.
WK: A moja świadomość na jej temat była taka, że może były pewne słabości, ale też było ogromne pole do rozwoju. Ona nie zawsze to pole do rozwoju widziała. A ja twierdzę, że ona cały czas dojrzewa. Przecież Alka teraz śpiewa o wiele lepiej niż 40 lat temu. Czy był jakiś moment zwrotny na państwa drodze zawodowej, że zdaliście sobie sprawę, iż wasza współpraca to strzał w dziesiątkę?
AM: Dla mnie strzałem w dziesiątkę było postawienie na Włodzimierza Korcza. Na mój debiutancki występ w Opolu wybraliśmy z mężem piosenkę Derfla i Iredyńskiego, a o aranżację poprosiliśmy Włodka. I tak zaaranżował, że piosenka dostała główną nagrodę. Potem już przy wszystkich przedsięwzięciach estradowych i telewizyjnych opierałam się o niego.
WK: Złowiła mnie po prostu. Ja przez wiele lat byłem rozstrzelony zawodowo. Nie do końca wiedziałem i nawet specjalnie się nie zastanawiałem, jaką muzykę powinienem pisać. Było zamówienie na przeboik – proszę uprzejmie, muzyka do wiersza – z przyjemnością, oratorium – paręnaście niedospanych nocy i już gotowe. I w zależności od wykonawcy, z którym pracowałem, pisałem pod niego. Tak, żeby pokazać jego walory jak najlepiej. Ale w pewnym momencie okazało się, że tych zajęć z Alicją mam coraz więcej, a z innymi coraz mniej. Nawet nie wiem, kiedy to się stało, że zacząłem pracować prawie tylko z Majewską.
AM: Od momentu, gdy zacząłeś ze mną jeździć jako pianista na koncerty estradowe. Bo przecież wcześniej śpiewałam z innymi muzykami.
WK: Pracowałem na estradzie z Jurkiem Połomskim, Irką Santor, Haliną Kunicką, Haliną Frąckowiak, Danką Rinn, Michałem Bajorem, Edytą Geppert – grałem z nimi recitale, ale to były równoległe działania. Początkowo pisałem dla Alicji piosenki i aranżacje, ale na koncerty z nią nie jeździłem, bo po prostu brakowało czasu. Jak przygotowywała jakieś widowisko estradowe czy telewizyjne, to dzwonili do mnie z mężem, żebym zajął się kierownictwem muzycznym. No to się zajmowałem. Aż w którymś momencie zacząłem z nią występować na koncertach i tak to się kręci do dzisiaj.
AM: Właściwie prawie cała moja droga zawodowa to Włodzimierz Korcz. On ma tę wyjątkową przypadłość, że nie tylko komponuje, ale też pracuje nad piosenką z każdym wokalistą.
WK: Nigdy nie pracowałem tak, że piszę piosenkę dla kogoś, kończę i dalej rób, co chcesz. Do mnie przychodzi się na próby i szuka – najpierw tonacji, potem jakichś istotnych napięć, kulminacji. Oczywiście na samym początku musi być kultura języka. Jeżeli ktoś nie wymawia spółgłosek, to ja z nim nie pracuję, bo spółgłoski są czasami ważniejsze niż samogłoski, o czym mało kto wie. Ale zawsze, najpierw, zanim taki utwór ujrzy światło dzienne przed wykonaniem publicznym, musi odbyć się szereg prób po to, żeby piosenka była zgodna z zamierzeniem autora i kompozytora oraz była wykonana najlepiej jak to możliwe.

Czy w ramach prób dopuszczane są modyfikacje, zmiany?
WK: Oczywiście! Zmiana tonacji, konkretnych dźwięków, długości piosenki, dopisywanie czegoś, żeby lepiej zabrzmiało.
Co jest kluczowe w budowaniu i utrzymaniu tak długotrwałej relacji?
AM: Mimo wszystko sukcesy, bo bez nich po jakimś czasie wszystko chyba by się rozpadło. W tym zawodzie przyjaźnie w dużej mierze wiążą się ze wspólnotą działań i gdyby tu coś się rozjechało, mogłoby być różnie.
WK: Sukcesy sukcesami, ale jest dla mnie jeszcze jedna ważna rzecz, dzięki której ta relacja przetrwała. Pracowałem z czołówką polskich wykonawców. Każdy z nich był wybitnym wykonawcą estradowym, natomiast prawie wszyscy byli przewidywalni. Nawet ci najlepsi. I ja po trzech, czterech koncertach czułem jakiś taki rodzaj znużenia. Wiedziałem, jaki manewr taktyczny – wokalny czy interpretacyjny – będzie zastosowany. Musiałem się trochę zmuszać do tego, żeby grać przyzwoicie, nie stracić koncentracji. Natomiast z Alicją jest tak, że ona nigdy mnie nie nudzi. Każdej piosenki, którą śpiewa, słucham, akompaniując kolejny raz z takim samym zainteresowaniem. Ona ma na scenie nieustannie rodzaj jakiejś niezwykłej świeżości. I śpiewa niby tak samo, a właściwie nie tak samo. Mnie się wydaje, że to jest jeden z tych powodów, dla których do tej pory odnosi takie sukcesy i ludzie chcą jej słuchać. Są osoby, które na nasz recital, który gramy od lat, przychodzą po kilkanaście, a nawet kilkadziesiąt razy. Teoretycznie im się dziwię – jak można słuchać tego samego sto pięćdziesiąt razy na przykład. Choć ja słucham kilkanaście tysięcy razy. I też się nie nudzę.
AM: Podejrzewam, że może dlatego masz taki stosunek do mojego śpiewania, bo czujesz się za mnie odpowiedzialny, słuchasz mnie i masz swoje uwagi. Taki rodzaj kontroli jest bezcenny, bo przecież przy wielokrotnym wykonywaniu piosenki może pojawić się maniera, jakieś rozminięcie z prawdą wyrazu. Uszom Włodka takie rzeczy nie umkną, więc wytyka, często boleśnie, wszelkie niedoskonałości, ale jak jest okazja, zdarza się, że pochwali.
WK: Wywodzimy się z czasów, kiedy dykcja i artykulacja były bardzo ważną częścią piosenki. Nas uczono, że tekst musi mieć sens, musi mieć walory literackie i muzyka też powinna być niebanalna. Co prawda często nawet dobra piosenka bywa sztuką banału, ale trzeba kombinować, starać się, żeby mimo wszystko stała się bardziej sztuką niż banałem.
To, co państwa łączy, to – jak sami podkreślacie – również wspólne wartości, nie tylko artystyczne.
AM: Tak, mamy podobny stosunek – co jest bardzo ważne w takiej współpracy – do pieniędzy. Jeśli na przykład przyjdzie propozycja udziału w koncercie charytatywnym i ja zadecyduję, że trzeba to przyjąć, Włodek automatycznie potwierdza. Jedyne rozdźwięki pojawiają się wtedy, kiedy Włodek twierdzi, że moje honorarium jest za niskie w stosunku do jego stawki, a ja twierdzę odwrotnie.
WK: Wiele zespołów rozpada się z powodu pieniędzy. Nam to nie grozi. Ale czemu mówimy o sprawach tak przyziemnych, o – przepraszam za wyrażenie – pieniądzach?
A światopogląd?
WK: Światopoglądowo jesteśmy bardzo podobni. Oceny ludzkich postaw mamy bardzo podobne. Stosunek do polityki również, co jest niebagatelne, z tym, że nigdy nie próbowaliśmy wpływać na swoje poglądy, one już takie były.
Jeżeli jednak pojawiają się między państwem jakieś spory, to czego dotyczą?
AM: Spraw zawodowych.
WK: Problem polega na tym, że Alicja czasami źle znosi autorytatywność moich uwag.
AM: A powinnam dobrze znosić?
WK: Na fizyce molekularnej się nie z nam, więc się nie wychylam, ale w sprawach muzycznych parę rzeczy wiem na pewno, więc przekazuję jako pewnik, a wtedy ona twierdzi, że też musi mieć możliwość wypowiedzenia swojego zdania. To strasznie przedłuża robotę, bo dochodzimy do konsensusu dopiero po dwóch, trzech dniach i ja przez ten czas zżymam się, zamiast napisać na przykład nową piosenkę dla Majewskiej.
AM: Z tym się zgadzam.
WK: No, nareszcie.
AM: Pod wpływem pracy i ćwiczeń przekonuję się, że uwagi były słuszne, ale po jakimś czasie. Byłoby to jednak fałszywe, gdybym miała przytaknąć czemuś, z czym się nie zgadzam.
Rozumiem, że to nie jest kwestia kompromisu, ale przekonania?
AM: Tak!
WK: Widzi pani, łatwego życia nie mam.

Macie państwo swój system komunikacji?
AM: Nawet telepatyczny. Po tylu latach przebywania razem bardzo często jest tak, że Włodek porusza temat, o którym przed chwilą właśnie myślałam. Dokładnie wiem, co chce powiedzieć.
A na scenie?
WK: Na scenie to po oddechu wiem, kiedy ona wejdzie w następną frazę. Na przykład, jeżeli zdarzyłoby się jej zapomnieć jakiegoś słowa, ja nie mam z tym żadnego problemu, w tej samej sekundzie jestem razem z nią.
AM: Jak zapomnę słowo, co mi się rzadko zdarza...
WK: Mówi wszystkim, że się pomyliła.
AM: Teraz już nie, ale kompletnie nie umiem haftować. Kiedyś Zbyszkowi Wodeckiemu na imprezie plenerowej wiatr zwiał z pulpitu tekst piosenki i on przez cztery minuty wyśpiewywał jakieś dziwne słowa, czyli haftował bezwstydnie, a publiczność reagowała tak, jakby nic się nie stało. Publiczności na ogół wydaje się, że mylić to mogą się tylko amatorzy i że zawodowcy mają te pomyłki wkalkulowane w scenariusz. O żaglu, co się bieli, śpiewam czterdzieści parę lat, ale kiedyś w Ełku zapomniałam słowo, kompletna dziura. Po koncercie podpisujemy płyty i wszyscy gratulują tego świetnego gagu z pomyłką. Próbowałam tłumaczyć, że przydarzyło mi się to naprawdę, ale chyba jakoś nikogo nie przekonałam. Prawdę mówiąc, ja już przestałam się stresować takimi wpadkami, bo przynajmniej wszyscy widzą, że nie śpiewam z playbacku.
WK: Miałem kiedyś taką sytuację, że przyszła do mnie kobieta po koncercie i mówi: „To jest niemożliwe, żeby pan się kiedykolwiek pomylił, żeby pan zagrał jakąś inną nutę”. Chciałem jej wytłumaczyć, że jak się pomylę, to oszukuję, że tak miało być, ale pani potraktowała to jak dobry dowcip i zrozumiałem, że moja uczciwość została kompletnie zlekceważona.
Trochę statystki. Czy kiedykolwiek policzył pan swoje kompozycje?
WK: Przez pewien czas byłem rekordzistą Polski co do liczby niezgłoszonych utworów do ZAiKS-u. Co jakiś czas napotykam utwory, o których mówią mi, że są moje, ja upieram się, że nie, a potem się okazuje, że rzeczywiście są moje. Nie pamiętam ich, bo pisałem je z dnia na dzień, z nocy na noc, nagrywałem na drugi dzień, na trzeci grałem. Nigdy tego nie liczyłem. Nawet nie wiem, ile Alicji napisałem piosenek.
AM: Ja też nie wiem. Można policzyć te z płyt.
WK: Kiedyś ktoś robił zestawienie piosenek, które pisałem dla dziecięco-młodzieżowego zespołu harcerskiego Gawęda i wyliczył około 130. I kiedy? Jak? Nie mam pojęcia. Myślałem, że z 40, góra 50.
Jak z perspektywy ponad 50-letniej współpracy zmieniły się według państwa rola i znaczenie twórczości, status twórców, artystów?
WK: Kiedyś artystami nie nazywano wielu z tych ludzi, którzy dzisiaj tak się nazywają.
AM: Sam fakt, że ktoś stoi na estradzie przed mikrofonem, nie musi oznaczać bycia artystą. Myślę, że musi istnieć jakaś różnica między artystą a wykonawcą estradowym. Sama o sobie nie potrafię tak myśleć bez pewnych oporów, wolałabym, żeby tak sądzili inni. Jeśli chodzi o twórców, to był taki koncert w Opolu z okazji jubileuszu. Siedzieliśmy na scenie i Marysia Szabłowska zadała pytanie Włodkowi: „Jak się tworzy przeboje?”. A Włodek odpowiedział: „Kiedyś piosenki się komponowało, a teraz się produkuje”. Można by z tego wysnuć wniosek, że twórców zaczynają wypierać producenci.
WK: Piosenka od wielu już lat jest produktem. Myślę, że artysta to człowiek, który pisze coś, co uważa, że jest zgodne z jego wizją artystyczną, i chce do tego przekonać słuchaczy. Natomiast producent z samej zasady musi traktować piosenkę jak towar, który jest dobry tylko wtedy, kiedy da się dobrze sprzedać.
Czyli artysta nie tworzy produktu, tylko przekaz artystyczny, ten zaś, który ukierunkowany jest na produkt, wykonuje jedynie zawód artystyczny?
WK: Niewielu stać na to, żeby pisać coś, co sami uznają za twórczość i jeszcze z tego żyć. Wierzę, że jest cała masa pięknych utworów, które powstały, ale których nikt nie zna, bo nie mają tak zwanej pokupności. Żeby produkt się sprzedał, to musi go kupić bardzo wielu klientów.
AM: Od jakiegoś czasu panuje taki trend, że wykonawcy nie szukają zawodowców do napisania tekstu piosenki, tylko sami go sobie piszą. Mnie to strasznie wkurza, kiedy ktoś opowiada o tym, że nagrał płytę i tłumaczy, że jego piosenki odnoszą się do osobistych przeżyć, odczuć, a inni oceniają, że to bardzo wartościowe, bo osobiste. A jeżeli osobiste jest koślawe, to znaczy, że też jest wartościowe? Ja bym wolała, żeby teksty były po prostu dobre. Słyszałam, że firmy, które promują młodych wykonawców, wymagają czasem od nich samodzielnego pisania tekstów i muzyki, a później podpisują z nimi umowy, na mocy których zyski z wydanych płyt pobierają właśnie te firmy. Może właśnie z tego wynika ten trend, chociaż nie przesądzam, bo może to jednak tylko głupie plotki.
WK: Zdarza się, że czytam w internecie nieporadną rymowankę, widzę nieskładność myślowo-warsztatową, coraz częściej wulgarny bluzg, po prostu dramat, a potem widzę dziesiątki wpisów internautów, którzy wpadają w ekstazę, jaka to piękna poezja jest. Inni przy tych bluzgach dopisują, że właśnie ten konkretny tekst jest dowodem na dojrzałość artystyczną twórcy. Próbuję z tego wyciągnąć jakiś sensowny wniosek, ale nic mądrego nie przychodzi mi do głowy.
AM: W dobie rewolucji technologicznej twórcą może być każdy, kto ma dostęp do odpowiednich programów komputerowych, bez zawracania sobie głowy takimi niuansami jak warsztat twórczy czy wiedza ogólna. Niedawno spotkałam wykonawcę estradowego, któremu nic nie mówiły nazwiska Wasowskiego czy Przybory, a spytany o Bacha, Beethovena czy Szopena, po krótkim namyśle odpowiedział – „Nie zetknąłem się”.
WK: Pochwalę się, że mnie te nazwiska jednak coś mówią i zaryzykuję twierdzenie, że z pisaniem muzyki to jest tak, że najpierw musi być talent, potem trochę wykształcenie pomaga, później termin i natchnienie. Jak jest termin, musi przyjść natchnienie, żeby to, co najlepsze w nas, objawiło się w tym, co potem ktoś będzie wykonywał. Wtedy mamy szansę na dobrą kompozycję.
Co sprzyja twórczości?
WK: Ważne dla mnie jest to, żeby znalazł się ktoś, kto by chciał śpiewać to, co ja napiszę, dlatego, że ja sam sobie nie zaśpiewam. Zaśpiewam, ale brzydko. I to jest kolejny przyczynek do odpowiedzi, dlaczego tak długo pracujemy z Alicją. Dlatego, że my jesteśmy sobie potrzebni. Ja potrzebuję kogoś, żeby dobrze śpiewał, ona potrzebuje kogoś, żeby jej przyzwoicie napisał, to tak działa. Poza tym muszę mieć warunki do odpowiedniego skupienia, bo jeżeli będę myślał o dziesięciu rzeczach na raz, to po prostu nie napiszę tego, co bym mógł napisać wtedy, kiedy będę mógł się skupić na tym, co w tym momencie najważniejsze.
Co oznacza dla pana twórczość?
WK: Twórczość to poczucie samotności, bezradności i konieczność radzenia sobie w trudnych sytuacjach.

Czy sztuka może zmieniać świat?
WK: Nie, nigdy nie mogła. Sztuka zawsze jest świadkiem wydarzeń, może nawoływać, wskazywać szlachetne idee, ale nigdy nie ma decydującego wpływu na to, co się dzieje na świecie. Jest odbiciem wydarzeń i czasami czymś, co pomaga zachować nadzieję. To jak każde dobro – oprócz tego, że jest dobrem, musi mieć siłę. Jeżeli nie ma siły, to samo dobro niewiele może zdziałać.
AM: Wiem, że śpiewając, nie mam żadnego wpływu na losy świata, ale na scenie mam poczucie, że ci, którzy mnie słuchają, potrzebują serdeczności, życzliwości i współodczuwania tych wszystkich wzruszeń i radości, które zawarte są w słowach i muzyce. Od czasu, kiedy pojawiły się nowe formy kontaktu z naszymi słuchaczami – maile, smsy, rozmowy po koncertach, wiem, że jakaś piosenka czy przesłanie pomogły komuś rozwiązać problem, wyjśćz jakiegoś dołka, np. w chorobie. Dlatego, mimo że te nasze spotkania po koncertach bywają nieraz męczące, to gdy mam chwile zwątpienia i zadaję sobie pytanie, czy to w ogóle ma sens, przypominam sobie te listy i słowa. Czasami słyszę po koncercie, że ktoś przychodzi wielokrotnie na nasz występ po to, żeby znaleźć się choć przez kilka chwil w innym, lepszym świecie, lepszym od tego codziennego. To dla mnie większa nagroda niż te wszystkie festiwalowe.
WK: Piosenka nie jest najważniejsza na świecie. Natomiast okazuje się, że dla wielu osób ma o wiele większe znaczenie, niż kiedyś przypuszczałem. My działamy w sferze oddziaływania na emocje, więc często spotykamy ludzi, którzy są wzruszeni, mówią miłe słowa i to jest piękne, ale ciągle obawiam się, że nieco ponad nasze zasługi.
Myślę, że w dużej mierze wynika to z państwa szacunku do słuchaczy, z którymi też macie szczególne relacje, w tym ze swoimi fanami. Kim oni są?
WK: To są przede wszystkim wrażliwcy.
AM: To ludzie wrażliwi na ten rodzaj emocji, jakie niosą piosenki, które śpiewam, na ich rodzaj literacki.
WK: Przekaz tekstowy jest dla nich bardzo ważny. Ważniejszy niż muzyka. Muzyka tylko wspiera. I tak to jest. Moja muzyka powinna wspierać piękny tekst.
AM: Niektóre relacje z tymi wrażliwcami można już chyba nazwać przyjaźniami. To jest takie poszerzenie rodziny na ludzi, na których możemy liczyć i wzajemnie.
WK: Są to ludzie rozmaitych zawodów, ale łączą ich co najmniej dwie rzeczy – wrażliwość na podobne przekazy oraz kultura bycia. To są kulturalni ludzie.
AM: Ale wiesz, Włodek, są też bardzo wartościowi.
WK: Gdy niektórych poznałem bliżej, to okazało się, że ich zewnętrzność, czasami lekko szalona, kryła za sobą nadzwyczajne wartości ludzkie. Kilkoro z nich naprawdę podziwiam za ich stosunek do innych, za chęć niesienia dobra. Ja wiem, że to może brzmieć banalnie, ale naprawdę to są ludzie czyniący dobro. Dobrze mówię czy nie?
AM: Dobrze mówisz, jesteśmy dumni, że właśnie tacy ludzie wokół nas się pojawiają.
Po czym można poznać artystę świadomego swojej roli na scenie?
AM: Kiedyś estradowca weryfikowano. Żeby stać się artystą albo przynajmniej wykonawcą estradowym i pobierać honorarium, należało się wykazać dyplomem szkoły muzycznej, ale ja takiego wykształcenia nie miałam, więc musiałam stanąć przed komisją Ministerstwa Kultury i Sztuki. Piosenkarka musiała czysto śpiewać, mieć poprawną dykcję, artykulację. I dobrze się ruszać. A odpowiadając wprost na pytanie – wydaje mi się, że prawdziwym artystą na scenie jest ktoś, kogo nie próbujemy oceniać, tylko poddajemy się sile jego talentu, mając absolutną pewność, że to prawdziwy artysta.
WK: Różne są drogi dojścia do profesjonalizmu. Alicja tylko półgębkiem powiedziała, że przez kilkanaście lat pobierała lekcje emisji u profesorki, która się na tym znała. Ile lat chodziłaś na te lekcje?
AM: No przecież mówiłam, że kilkanaście.
WK: Jeżeli ktoś przez kilkanaście lat kształci wokal, to może papierka nie ma, ale wykształcenie ma.
AM: To było przygotowanie do zawodu.
WK: Majewska! Jeżeli profesorka daje ci lekcje, to znaczy, że masz wykształcenie. Ja jestem absolwentem Wyższej Szkoły Muzycznej w klasie fortepianu, czyli też jestem zawodowcem. Teoretycznie. Oczywiście, nauczyli mnie grać przyzwoicie, ale całej reszty nauczyłem się sam. Zawodowcami bardzo często stają się ludzie, którzy nie mają żadnego związku z jakąkolwiek profesjonalną edukacją. Sami się tego uczą poprzez wykonywanie zawodu, przez popełnianie błędów i korygowanie ich. I teraz, nie papierek stanowi to, czy człowiek jest profesjonalistą czy nie, tylko jak traktuje ten swój zawód i jak się zachowuje na scenie i poza nią, i czy dba o swój warsztat, to znaczy o głos, palce, ręce, o samodoskonalenie się. Czy wierzy w to, że osiągnął już wszystko, czy też jest przekonany, że można zrobić to, co robi, lepiej. To jest profesjonalizm.
Jak dbać o kondycję psychiczną, fizyczną, żeby po ponad pół wieku aktywności na scenie nadal być profesjonalnym?
WK: Trzeba być wypoczętym. Nie wolno za bardzo balować, bo jak się zabaluje, to już się nie jest profesjonalnym.
AM: Oczywiście, trzeba dbać o formę, o zdrowie, nie śpiewać przy infekcji, nie przeforsować strun głosowych. Pod tym względem jestem zdyscyplinowana. Badam się regularnie i podporządkowuję zaleceniom lekarzy. Gorzej jest z tą dbałością o psyche, ale staram się znajdywać czas na teatr, kino, filharmonię, krótki wyjazd w świat, żeby odciążyć głowę z myślenia o zawodowych zobowiązaniach.
WK: Właśnie jedziemy na pięć koncertów.
AM: Tego się nie powinno robić. Chociaż co najmniej jeden dzień przerwy jest potrzebny, ale co ja mam robić, kiedy słyszę: „Gracie państwo w Szczecinie, a my już czekamy pięć lat tuż obok”. No to jakie ja mam argumenty?
Muszę o to zapytać. Jak państwa zdaniem skutecznie chronić artystów, biorąc pod uwagę tak szybki rozwój sztucznej inteligencji?
WK: Ja mam się martwić? Niech ZAiKS się martwi. Jest masa spraw związanych z finansami i uprawianiem mojego zawodu, w których ja nie uczestniczę, a czerpię zyski i mnie to bardzo odpowiada. Nie sprawdzam, gdzie, co trzeba lokować, dla mnie ważniejsze jest to, żeby napisać coś nowego.
AM: Po transformacji potworzyły się związki chroniące prawa piosenkarzy. Ja jestem w SAWP-ie i dzięki Bogu, że są ludzie, którym się chce poświęcić i pracować tam na naszą rzecz, dla naszego interesu.
Czy jest dzisiaj coś, co jest państwa w stanie zachwycić?
AM: Przyroda. Tak, zdecydowanie.
WK: Kwiaty. Motyle. Ptaki. Morze. Fale. Banał? Może, ale „Nie bójmy się banału,” jak pisał kiedyś w tekście piosenek Marek Groński. Mnie to cały czas zachwyca. Nie słucham za dużo muzyki, chyba że na coś się załapię. Oglądam taki kanał Mezzo w telewizji. Tam są zachwycające koncerty muzyki symfonicznej czy zespołów jazzowych. I najpierw się zachwycam, ale z drugiej strony to podcina trochę skrzydła, bo słucham, co ludzie potrafią i myślę, rany boskie, co ja tu robię? Ja przy tych ludziach jestem kompletny mizerak. Muszę wymazać potem taki koncert z głowy, żeby cokolwiek zrobić, bo się trochę wstydzę.
AM: A ja mam szczęście, bo jeden z moich przyjaciół zawczasu kupuje mi bilety na wszystkie premiery w Teatrze Wielkim, na koncerty w filharmonii i wtedy, kiedy mogę, to z tego korzystam. Byłam niedawno na Wagnerze w Teatrze Wielkim, niełatwy, wymagający w odbiorze, ale piękny. Cieszę się też, że mogłam kolejny raz posłuchać Leszka Możdżera, tym razem w trio z harmonijką ustną i perkusją. Podobał mi się nie tylko Możdżer jako pianista, ale też jego inteligentne i zabawne zapowiedzi.
Na co jeszcze macie państwo niezaspokojony apetyt?
AM: Na trochę więcej wypoczynku. Nazywamy się od jakiegoś czasu ofiarami sukcesu, bo mamy za mało czasu na to, żeby się częściej spotykać w gronie przyjaciół. Ja uwielbiam spotkania towarzyskie. Od czasu do czasu nawet sama je organizuję.
WK: Bywamy z Elżbietą na tych spotkaniach już od lat 70. ubiegłego stulecia i nie pamiętam, żeby któreś się nie udało. W ostatnich latach furorę na nich robią wykwintne, artystyczne torty od sąsiadki i kulinarny przebój Alki – sałatka z paluszkami krabowymi, którą pochłaniam w ilościach nieprzyzwoitych, wyprzedzając w tym nawet Artura Andrusa. Trzeba przyznać, że umiesz dbać o gości.
AM: Zawsze dbałam i dbam, ale troszkę jest mi tego za mało. Jednak zawsze widzę szklankę do połowy pełną, zacytuję Magdę Czapińską z jednej z moich piosenek: „I tyle cudów wokół mnie i tyle wokół zdarzeń, że nie mam czasu przysiąść i spokojnie się zestarzeć”. Ja bardzo doceniam to, że nie mam czasu przysiąść. Więc póki co mam takie marzenie, żeby ciągle narzekać na brak czasu. Żeby było co robić. Opowiadałeś kiedyś, Włodek, o twojej rozmowie z panem Wasowskim, który mówił, że przyjdzie taki czas….
WK: „I do pana przyjdzie taki czas, że nikt od pana niczego nie będzie chciał”. Cholera, jeszcze jakoś nie przyszedł.
AM: Mnie to zadziwia, że Włodek cały czas ma inwencję twórczą – w ciągu ostatnich paru lat napisał dla mnie piosenki na trzy nowe płyty. Ja to mam dobrze.
ALICJA MAJEWSKA I WŁODZIMIERZ KORCZ
Od ponad 50 lat tworzą jeden z najbardziej cenionych duetów polskiej muzyki rozrywkowej. Wśród ich najbardziej znanych utworów znajdują się m.in. kompozycje Odkryjemy miłość nieznaną, Jeszcze się tam żagiel bieli czy Być kobietą. Twórczość duetu łączy melodyjność, poetyckie teksty i emocje, które podbijają serca kolejnych pokoleń słuchaczy.