Chodzące ciepło i dobroć, zawsze młoda dusza mimo ciężkich nieraz przejść i burzy siwych włosów. W tajemnicy napiszę, że na Facebooku odmłodził się (bagatela) o 20 lat, i wszyscy mu wierzyli…
Genialny samouk w wielu dziedzinach, obdarzony słuchem i talentem literackim, co zaczął wykorzystywać w wieku dojrzałym. Teraz dopiero się dowiedziałam, że karierę tłumacza zaczynał po czterdziestce, a karierę muzyka – w wieku, kiedy inni myślą o emeryturze.
Z wykształcenia był anglistą. Przez wiele lat wykorzystywał swoją znajomość języków, pracując m.in. w liniach lotniczych, prowadził też szkółkę językową.
Przemiany gospodarcze w Polsce, nowe wydawnictwa książkowe i wideo (wtedy na kasetach VHS) zwiększyły zapotrzebowanie na tłumaczy literackich, dobrze znających język angielski – i tak oto w latach 90. Marek zaczął nowe życie zawodowe. Pierwszy w życiu przekład w napisach przygotował tak dobry, że praktycznie nie wymagał poprawek. Rzadko się widuje taki talent, słuch, dopracowanie tekstu. Dźwiękowcy i lektorzy lubili z nim pracować, lubili go też osobiście.
Przełożył wiele kultowych filmów ze złotej ery wideo: Stan zagrożenia, To, Mad Max, Karate Kid czy Koszmar z ulicy Wiązów, jak również wiele materiałów dla potrzeb powstających telewizji Canal Plus, TVN, Kino Polska...
Skromny, nie robił autoreklamy, chętnie słuchał uwag krytycznych, nawet gdy przyszło mu się uczyć od osób sporo młodszych.
W ciągu ostatnich kilkunastu lat Marek bardziej skupiał się na rodzinie i kolejnej aktywności. Został muzykiem będąc filarem niejednego zespołu. Znów nadawał ton całym grupom. Choć był taki cichy i nie narzucający się.
Odszedł jak to on, po cichu… I zdecydowanie za wcześnie.
Smutniej na tym świecie bez Marka.
Magdalena Balcerek
Nasz przyjaciel był człowiekiem o wielu zainteresowaniach i talentach, ale dla mnie i moich najbliższych znajomych był przede wszystkim znakomitym muzykiem.
Od wielu lat grał w macierzystym zespole bluesowym Czemu Nie? – paczka kumpli postanowiła pewnego dnia stworzyć dobrze „rockującą” grupę bluesową. Od początku koncentrowali się na tworzeniu własnych kompozycji z polskimi tekstami, choć oprócz autorskich utworów sięgali również po piosenki takich wykonawców jak Gary Moore, Tadeusz Nalepa czy Eric Clapton, dostosowując je do charakteru brzmieniowego zespołu. Marek, jeden z filarów tej formacji, często brał także udział w jam sessions organizowanych przy różnych okazjach w Warszawie. Był stałym gościem na moich comiesięcznych wieczorach z cyklu Praski Blues, grał również w klubie Sinus, Ściema czy na imprezach w Magdalence. Wielu chciało z nim grać – zawsze potrafił się odnaleźć, niezależnie od stylistyki aktualnie wykonywanej muzyki. Jego mocny, równo pulsujący bas niejednemu pomógł utrzymać się w newralgicznych sytuacjach improwizowanej sesji.
Odejście Marka pozostawia jego zespół bez bazy, podstawy jaką jest bas.
Będziemy o nim zawsze pamiętać i dobrze go wspominać. Zarówno jako muzyka, jak i dobrego kolegę, wspaniałego kompana do rozmów. I tych bluesowych, i tych filmowych.
Niech spoczywa w spokoju.
Zbyszek Jędrzejczyk