Organizatorzy festiwali muzycznych przyznają, że ich praca to ciągłe poszukiwania, dostosowywanie do zmieniających się trendów, eksperymentowanie. I oczywiście zarządzanie kryzysami.
Ale to, jak sytuacja wygląda od czasu pandemii, uznają za bezprecedensowe. „Bo ludzie po prostu zachowują się inaczej, szczególnie młodzi” – stwierdził na konferencji towarzyszącej festiwalowi Tallinn Music Week dyrektor artystyczny festiwalu Colours of Ostrava, a przytaknęły mu reprezentantki fińskiego Flow Festival, brytyjskiego Glastonbury i estońskich gospodarzy. Z ich dyskusji wyłoniło się kilka powodów, dla których wyzwania – ale poniekąd także szanse – stojące obecnie przed festiwalami można rzeczywiście uznać za bezprecedensowe.
Po pierwsze: luka covidowa. Z powodu przerwy pandemicznej w organizowaniu nie tylko muzycznych imprez wielu młodych ludzi nie wie, na czym w ogóle polegają festiwale, czym jest ich atmosfera, co takie wydarzenia mają im do zaoferowania. No i dlaczego mieliby na kilka dni zamienić wygodne sypialnie na pole namiotowe. „Trzeba im wszystko tłumaczyć od zera i to dla nas nie lada wyzwanie” – przyznawał czeski delegat. Dodatkowym problemem jest rosnąca popularność stadionowych koncertów gwiazd, które poza konkurowaniem o uwagę wysysają pieniądze z portfeli młodych.
Po drugie: marka nie wystarcza. Kiedyś melomani w ciemno kupowali bilety na swoje ulubione festiwale, wielu robiło to nawet przed ogłoszeniem pierwszych wykonawców. Obecnie – i to znów dotyczy w największym stopniu nowej generacji widzów – dominuje zwyczaj czekania na ujawnienie pełnego line-upu, czyli listy występujących artystów. Organizatorzy do końca nie wiedzą więc, ile osób stawi się pod scenami. Dyrektor artystyczny Colours of Ostrava ilustrował to wynikami ankiet, które przeprowadzają wśród uczestników imprezy. W odpowiedzi na pytanie: „Dlaczego jeździsz na festiwale?” większość deklaruje, że robią to dla atmosfery, poczucia wspólnoty itd. Ale już na pytanie: „Czemu kupujesz bilety na festiwale?” odpowiadają jednoznacznie: dla line-upu.
Po trzecie: muzyka nie wystarcza. Urozmaicanie festiwali pozamuzycznymi atrakcjami nie jest niczym nowym, ale jeszcze nigdy nie trzeba było tak bardzo dbać chociażby o ofertę kulinarną – w tym o napoje bezalkoholowe, co już jest pewną nowością. „Byłem wobec tego pomysłu bardzo sceptyczny, ale po lewej stronie głównej sceny ustawiliśmy bar bezalkoholowy, a po prawej standardowy. I przez wszystkie cztery dni festiwalu przed barem bezalkoholowym stała dłuższa kolejka” – mówił czeski panelista. Poza jedzeniem i piciem wprost obowiązkowe staje się organizowanie przestrzeni relaksu typu „mind & body spa”, strefy dyskusji, czytania i designu. Słuchacze chcą też być bliżej artystów, bez barierek oddzielających ich od wykonawców, stąd próby innego aranżowania przynajmniej mniejszych scen.

Po czwarte: przywiązanie do wartości. Młodzi ludzie bardzo zwracają uwagę, jakie wartości reprezentuje festiwal i czy się z nimi identyfikują. Dlatego trzeba być bardzo ostrożnym, kogo dobiera się za sponsora i oczywiście jakich artystów zaprasza. Pojedyncza wpadka może bowiem ciążyć później latami. W Tallinie na innym panelu sporo mówiono o bojkotach, jakie dotknęły szereg imprez – od brytyjskiego Field Day po hiszpański Sónar – ponieważ właściciel agencji organizującej te wydarzenia inwestuje w izraelskie osiedla na terenach okupowanych, działa też w sektorze zbrojeniowym. Na wartości większą niż kiedyś uwagę zwracają także wolontariusze, którzy chcą się identyfikować z festiwalami, na których pracują, czuć się ich częścią. I chociaż wciąż nie dostają pieniędzy za swoją pracę, coraz częściej organizator przekazuje deklarowane przez wolontariuszy kwoty na wybrane organizacje charytatywne.
Po piąte: bezpieczeństwo. Tradycyjnie festiwale przedstawiano jako przestrzenie wolności – jako miejsca, w których wreszcie można pozbyć się ograniczeń i „być sobą”. Obecnie bardziej przedstawia się je jako strefy bezpieczeństwa. Czesi mają na swojej imprezie „punkt zdrowia psychicznego”, a polski Open’er „punkty psychologicznej interwencji kryzysowej oraz wsparcia emocjonalnego”. Na festiwalu Roskilde co roku 90 dorosłych pracowników społecznych – na co dzień nauczycieli, lekarzy czy duchownych – chodzi po polu festiwalowym i dopytuje młodych, czy wszystko u nich w porządku. A tych podchmielonych przekonują, że czas odstawić kufel i iść spać.
Wspomniane wyzwania stają się jeszcze bardziej wymagające, jeśli zważymy na fakt, że główne festiwale w naszym regionie mają już 20-, 30-letnią tradycję – u nas dotyczy to takich imprez jak Open’er czy Off Festival. Taki staż oznacza, że część publiczności, często nawet jej trzon, stanowią osoby, które zaczynały przygodę z tymi imprezami jako studenci czy nawet nastolatki. Obecnie to już osoby w średnim wieku, z własnymi przyzwyczajeniami i oczekiwaniami. Tymczasem organizatorzy festiwali muszą przyciągać nowych, młodszych słuchaczy, aby zapewnić sobie publiczność na kolejne dekady. „Dlatego nie możemy wprowadzać zmian zbyt szybko, aby nie stracić dotychczasowej publiczności, trzeba postępować niezwykle ostrożnie” – przyznawał wysłannik festiwalu Colours of Ostrava.
A co do nowej generacji, organizatorzy narzekają również na niedostateczny napływ świeżych idoli – przez główne sceny od lat (dekad!) przewijają się te same gwiazdy. Powtarzające się nazwiska niosą nie tylko ryzyko znudzenia publiczności, coraz bardziej konkurują ze sobą same imprezy. A to przekłada się na dramatycznie rosnące honoraria. „Przed covidem nasi najdrożsi headlinerzy kosztowali jakieś 400 tys. euro i to były wyjątkowe sytuacje. W tej chwili oferujemy milion euro i często to nie wystarcza” – ujawnił czeski panelista.
Za pozytywną zmianę uznał za to rosnącą popularność wolontariatu wśród... seniorów. I wyliczał ich atuty: „Nie gapią się w telefony. Nigdy się nie spóźniają. Nie boją się rozmawiać z ludźmi. Są znakomici”. I młodzi to także doceniają.