Z Adamem Nowakiem – autorem tekstów, kompozytorem, liderem zespołu Raz Dwa Trzy, właścicielem głosu o unikalnym brzmieniu, a także mentorem na zaiksowych warsztatach tekściarskich TekstMisja – rozmawia Rafał Bryndal.
Dlaczego piszesz piosenki?
Może z potrzeby opowiadania różnych historii? A pisanie piosenek jest mi najbliższym „narzędziem”, z gitarą, na której gram od dziewiątego roku życia, pozwala na syntezę opowieści do kilku zwrotek i niekiedy refrenu.
Czyli w pewnym momencie coś „kliknęło” i pomyślałeś: „O, to może być moja droga życiowa”?
Tak, wiosną 1990 roku, gdy pierwszy raz odważyłem się publicznie wykonać piosenkę Talerzyk. Wtedy pierwszy raz odczułem, że publiczność słucha z zaciekawieniem tego, co zostało napisane i skomponowane.
Podobno do pisania zainspirował cię serial Martin Eden sprzed niemal półwiecza. Co w nim takiego było?
Ten serial wywołał u mnie wizję samego siebie piszącego na starej, przedwojennej maszynie – tak musiał wyglądać Jack London. W egzystencjalnych oparach papierosowego dymu i kawy parzonej „po turecku”. To były wczesne lata 80. Kupiłem starą, przedwojenną maszynę. Nielegalnie. Wzór czcionki nie był zgłoszony do stosownego urzędu. Wydałem całą pensję na tę literacką wizję przyszłości. Maszynę mam do dzisiaj. Wędruje ze mną już kilkadziesiąt lat. Czeka ją teraz remont.
A jakieś inne filmy, które cię inspirowały? Powiedziałbym, że tekst Upał roztapia granice miasta, ujmujący w zwięzłej formie piosenki dość rozbudowaną historię, nawiązuje do poetyki filmowej Krzysztofa Kieślowskiego. Właściwie ten tekst mógłby być rodzajem szkicu scenariusza do miniatury filmowej.
Szło dobrze, skąd więc twoja dwuletnia przerwa w pisaniu?
Jako bardzo młody człowiek dużo grałem na gitarze klasycznej, takim wykonawcą chciałem zostać, ale szybko się okazało, że marzenia o triumfie na scenach klasycznych to złudzenie. Skoro się nie udało, to na jakiś czas gitara powędrowała na szafę, gdzie nie przeszkadzała. Ale ten głód grania, ćwiczenia i poszukiwań powrócił, gdy trafiłem na studia do Zielonej Góry. Od tego czasu „nęka” mnie z widocznym skutkiem dla repertuaru zespołu Raz, Dwa, Trzy, grupy Adam Nowak i Akustyk Amigos oraz w tekstach pisanych na zamówienie.

Kiedy piosenka jest dobra?
To kwestia idealnego układu proporcji między kompozycją, tekstem, aranżacją i wykonaniem. Ale, szczerze mówiąc, nie znam odpowiedzi na to pytanie. To chyba kwestia gustu nadawcy i odbiorcy.
W ciągu tych wszystkich lat potrzebne ci były lekcje śpiewu?
O tak. Przygotowując się do występu na Studenckim Festiwalu Piosenki w 1990, nie panowałem nad materią wokalną w sposób, jaki bym sobie wyobrażał. Szkolił mnie dyrygent zielonogórskiego Chóru Akademickiego Cantores, pan Jerzy Markiewicz. Gdy prowadził ze mną zajęcia, dał do zrozumienia, że zależy mu na zachowaniu mojej charakterystycznej barwy, bez poprowadzenia mnie w kierunku głosu chóralnego. To i tak by się nie udało. Ale dodał mi wtedy odwagi i pewności siebie. I o to chodziło w tych zajęciach.
Jak zareagował na to, co śpiewałeś na koncercie?
Skomentował to lakonicznie: „Jest dobrze, lepiej nie będzie”.
Nazwa Raz, Dwa, Trzy miała pokazać światu, że zespół nie ma żadnej ideologii. Liczebniki podobno z niczym się nie kojarzą. Czy to możliwe, by oceniać artystę bez żadnego ideologicznego kontekstu?
Dopóki nie usłyszy się utworów, dopóty jest to chyba możliwe. Powściągliwość ideologiczna nazwy zespołu może służyć odbiorowi utworów bez wstępnego naprowadzenia. Nazwa niekoniecznie prowadzi do ukrytej czy jawnie przedstawionej idei, na przykład powodu powstania zespołu/wykonawcy, ukierunkowania odbiorcy. Można tak i można tak.
Jak to się ma do słów „Trudno nie wierzyć w nic”? W co według ciebie warto wierzyć?
Osoby twierdzące, że w nic nie wierzą, paradoksalnie wierzą w to, że nie wierzą. Może to zdanie z piosenki ułatwi komuś wybór? Może naprowadzi na proces myślenia krytycznego i przypuszczalnej chęci zadania sobie pytań naprowadzających na jakiś rodzaj samopoznania? Istotnym elementem słów z tego utworu są wątpliwości. Sam refren znaczyłby radykalnie tylko to, co znaczy. A przecież może istnieć coś poza własnymi przekonaniami, poglądami, postawami. Tutaj każdy mógłby sam odpowiedzieć, jeśli zada sobie pytanie. Załóżmy, że niepokojące.
Kiedyś mówiłeś o sobie, że jesteś „tak zwanym artystą”. Po pierwsze: dlaczego? Po drugie: czy po latach nadal tak siebie oceniasz?
Nawet to pojęcie zredukowałem do „bycia wykonawcą”. Nie aspirowałem nigdy do bycia artystą. W moim świecie chęć bycia artystą nie prowadzi do jakiegoś określonego celu. Może komuś taka etykieta sprawia przyjemność. Na mnie nie wpływa w żaden sposób.
Żyjemy w czasach, w których często od twórczości ważniejszy jest wizerunek artysty. Jak się w tym odnajdujesz
Robię i robimy z zespołem swoje. Jakiś wizerunek medialnie jest potrzebny. Staramy się, żeby nie odbiegał od tego, kim jesteśmy poza mediami i sceną. W przebierankach niezbyt nam do twarzy. Być może najmniej szkód wizerunkowych ponosimy, pokazując się i będąc fotografowanymi w naszym naturalnym środowisku, czyli na scenie.
Wiele lat z dumą powtarzałeś, że to, co tworzysz z Raz, Dwa, Trzy, nie pasuje do szeroko pojętej rozrywki. Dalej tak to oceniasz, mając na koncie tyle Fryderyków?
Och. Nie mamy ich aż tylu, inni mają więcej. Miło nam, że doceniono taki rodzaj twórczości. To nas zaskoczyło. Wcześniej także wykonywaliśmy utwory, które przetrwały próbę czasu, ale nie miały tyle szczęścia, by zasłużyć na większą uwagę Akademii Fonograficznej, choć zdarzały się nominacje już w połowie lat 90. U nas z tą „rozrywką” bywa różnie. Bardziej jesteśmy nastawieni na opowieść z, załóżmy, niezaniedbaną warstwą muzyczną. Ważna jest intensywność, temperament, umiejętność oddziaływania, kierowania koncertem z wymaganą amplitudą emocjonalną. Pozostawiającą przestrzeń na skupienie, poruszenie, aktywność emocjonalną i intelektualną.
W takim razie czym są dla ciebie nagrody?
To zależy, kto je przyznaje, z jakiego powodu i za co przypuszczalnie nagradza. W wielu wypadkach odbieramy te wyróżnienia z wdzięcznością za pamięć o nas. Za pamięć o zespole podążającym swoją drogą i na własnych warunkach.
Jak się zmieniło twoje podejście do wyróżnień od czasu sukcesu na Studenckim Festiwalu Piosenki?
Tamten laur był dla nas zaskoczeniem. Przyznany decyzją ludzi, których ceniliśmy i wielu cenimy do dziś. Wyróżnienia motywowały zespół do dalszych poszukiwań, prób i innych działań, które przez lata nas formowały jako wykonawców i ludzi.
Czyli nie zmieniłeś zdania na temat występowania solowego? Wielokrotnie podkreślałeś, że jesteś muzykiem, który lubi grać z kolegami. Czy czujesz się bardem? Bo chyba tak właśnie jesteś postrzegany.
Nigdy nie chciałem być bardem. Potwierdzają to moje „badania terenowe” dotyczące bardów lub kandydatów na tychże. Bywało, iż zmieniali się w tubę ryczącą nad światem. A ja jestem zwolennikiem zwykłych sugestii. Bardom często towarzyszy jakiś etos. Bywa, że straceńczy. Do „obowiązków” barda może należeć nieustanne stanie nad przepaścią. Wszak biorą w swoje ramiona odpowiedzialność za losy ojczyzn. No i muszą się wypowiadać na tematy definiowane jako społecznie ostateczne. Taki patos często nie ma potencjału przetrwania próby czasu.
Starasz się być osobą mało medialną. Unikasz rozgłosu, ale jednocześnie musisz bywać w mediach, bo tego wymagają realia koncertowe. Jak sobie z tym radzisz?
Wystarczy mi, że jestem… raczej popularny. Nie zabiegałem o tę, jak się często okazuje, męczącą niedogodność. Bywa oczywiście miło, ale nietrudno zauważyć, że popularność ma swoje negatywne strony. Tą negatywną stroną jest świadomość bycia właśnie znanym.

Cytowałeś kiedyś badania amerykańskich socjologów, które pokazywały, że osoba zdająca sobie sprawę, iż zna ją więcej niż 100 osób, ma zmiany w osobowości. Możesz to potwierdzić na swoim przykładzie?
Tak. To właśnie ta świadomość, że nie jestem w tym kraju anonimowy. Nie wiem, z jakich innych powodów niż mego istnienia w mediach ktoś chciałby mnie poznać, wejść w jakieś głębsze relacje. Z powodu medialnej rozpoznawalności często nie jestem pewien właściwych intencji. Ta świadomość nie sprzyja nawiązywaniu relacji czy kontaktów. Za granicą jestem jednym z wielu. Tym i takim, jakim inna osoba może mnie postrzegać i skorzystać ze skutków tych obserwacji.
W jednym z wywiadów wspominałeś o „redukcji osobowości”. Co to znaczy?
Naprawdę coś takiego powiedziałem? Byłby potrzebny kontekst. Dzisiaj przełożyłbym to na redukcję ego. Zdecydowanie. Puszących się osób we wszelkiego rodzaju rolach społecznych jest zdecydowany nadmiar. Mniej ego – więcej pokory.
Dbasz o swoją niezależność. Podobno z tego powodu poszedłeś do szkoły gastronomicznej. Czego się tam nauczyłeś poza typowymi umiejętnościami gastronomicznymi?
Rozróby, zabawy, korzystania z życia z całkiem, jak na tamte czasy, niezłym zapleczem finansowym.
Chyba ciągnęło cię do bycia na świeczniku… Byłeś kelnerem, a ten ma coś z artysty. Cytowałeś Hrabala, mówiąc, że artysta powinien być jak kelner.
Powinien z pokorą, uwagą i dyskrecją obserwować świat. Jednocześnie nie narzucać się ze swoim „ja”, tylko służyć odbiorcy. Powinien chłonąć rzeczywistość z boku i przedstawiać ludzkie losy na tacy. Chodzi o użyteczność, a nie o usłużność.
Gdy pracowałeś w orbisowskim hotelu Poznań – obsługiwałeś angielskiego króla lub kogoś podobnego rangą?
Nawet jeśli pojawił się ktoś ważny, to nie mieliśmy pojęcia o jego ważności. Bywał szeroki wachlarz klienteli. Zdarzały się osoby znane. Do obsługi ważniejszych postaci byli jednak delegowani mistrzowie kelnerscy, a ja byłem czeladnikiem. Hierarchia, proszę pana…
Słyszałem, że sam Roman Wilhelmi odradzał ci studiowanie aktorstwa. Skąd ten pomysł, by zdawać do PWST? Żałujesz, że to się nie udało?
Odbyła się taka rozmowa, gdy pan Roman Wilhelmi odwiedził restaurację późnym wieczorem. Chyba chciał z kimś pogadać. Od słowa do słowa, zaproponował wódkę. Byłem w pracy, więc toast został wypity za przepierzeniem. Coś mu nie pasowało w kontraście między wykonywanym zajęciem a moim słownictwem i sposobem bycia, więc zapytał, co będę robił, gdy zostawię ten zawód. Powiedziałem, że chciałbym zdawać do szkoły aktorskiej. Postawił jeszcze jedną wódkę i odradził. Nie zniechęcił, ale porada była profetyczna. Na szczęście mnie nie przyjęto.
Jesteś artystą bardzo zaradnym, potrafisz znaleźć się w każdej sytuacji. Ale pewnie zdarzyły się takie momenty, które były dla ciebie szczególnym wyzwaniem?
Mój drogi, przeceniasz mnie. Bardzo się staram być zorganizowany. Zdarza się, że próby opanowania sytuacji po prostu szwankują. Bywa, że próba wyobrażenia siebie w jakichś okolicznościach skutkuje brakiem obecności. Mój tato mówił: „Szybka decyzja zdobi młodzieńca”. No to udaję, że jestem młody. Zasada jest prosta. Jeśli istnieje wyzwanie, trzeba sobie radzić. To cała tajemnica. Wszystko szyte na miarę, więc trudno mi wyróżnić jakieś zdarzenie.
W twojej późniejszej karierze przydało ci się doświadczenie związane z tym, że przez pewien czas byłeś członkiem zielonogórskich kabaretów, z najbardziej znanym kabaretem Potem na czele?
Tak. Zdobyte w Zielonej Górze doświadczenie owocowało jeszcze przez wiele lat. Praca, próby, praca, próby, konsekwencja w działaniach, kreatywność, dystans, umiejętność wzajemnego współistnienia. To była niezwykła przygoda – bycie częścią kabaretowego, muzycznego, plastycznego, happeningowego ruchu młodych, poznających swoje ścieżki życiowe w intensywnym czasie rozbuchanej młodości.
Dlatego poradziłeś sobie z kryzysem w zespole, gdy manager niespodziewanie was opuścił.
Tak, przydarzyło nam się coś takiego. Nagle trzeba było przez jakiś czas zarabiać inaczej, bo rodzina na utrzymaniu. Zacząłem wtedy handlować dżinsami. Wstawałem o czwartej rano, by o piątej być na bazarze. Obok mnie facet miał stragan z nagraniami disco polo. On sprzedawał kasetę w minutę, a ja parę spodni w godzinę. Dało mi to dużo do myślenia na temat naszego rodzimego show-biznesu…
Jak twoje życiowe doświadczenia wpływają na to, co piszesz?
Przekonały mnie, żeby pisać tylko to, co niezbędne. A to wymaga cierpliwości i czasu. I odwrotnie.
Czy trudne przejścia życiowe mogą pozytywnie wpłynąć na to, co się tworzy?
Tak. Mogą pozytywnie wpłynąć na późniejsze skutki ujawnionych talentów, jeśli w odpowiednim czasie przerobimy działanie wewnętrznych „demonów”. Wszyscy w tej materii mamy jakąś pracę do wykonania. I ta praca wcale nie musi się kończyć. Nabywanie umiejętności obsługi osobistych „demonów” może trwać do końca życia. To i dobrze, i źle. Ważna jest świadomość zachodzących procesów.
Twierdzisz, że nie ma sztuki bez ryzyka. Czy mógłbyś rozwinąć tę myśl?
Pisząc tekst dla siebie czy na zamówienie, każdorazowo robimy, opowiadamy coś pierwszy raz. Przynajmniej dlatego, by się nie powielać. Robiąc coś pierwszy raz, najczęściej ryzykujemy możliwością popełnienia błędu, więc już na tym etapie zaczyna się ryzyko. Sztuka to również umiejętność przekraczania granic. Własnych, granic odbiorcy, granic w relacjach społecznych. Granic władzy, jeśli chcemy tej władzy coś wytknąć, granic uczuć religijnych itp. Nazwijmy to sztuką przekraczania. Niektórzy ludzie naprawdę bardzo uważnie słuchają i analizują. W ten obustronny komunikat wpisana jest odpowiedzialność za układane i wypowiadane słowa. A zwrot ze strony odbiorcy w dobie natychmiastowej reakcji medialnej może być naprawdę dotkliwy, dramatyczny czy tragiczny w skutkach. Jeśli jednak jako twórcy nie będziemy ryzykować, to nie znajdziemy intensywnego komunikatu mogącego do głębi poruszyć odbiorcę.
Czy literatura ma wpływ na kreatywność?
Oczywiście. Na wyobraźnię, język, zasób słów, umiejętność budowania zdań, prowadzenia myśli. Piszemy tak, jak żyjemy i czytamy. I odwrotnie. W twórczości bez tego zaplecza dość łatwo można rozpoznać mielizny językowe, ograniczone słownictwo, miałkość wypowiedzi, trywialność, a w szczególności brak atrakcyjnej, intensywnej historii.
Współpracowałeś z różnymi artystami. Czy któreś z tych twórczych spotkań było dla ciebie szczególnie ważne?
Tych osób było naprawdę wiele. Od realizatorów, jak nieżyjący już Wojtek Przybylski czy Rafał Paczkowski, przez producentów naszych kilku płyt, takich jak Wojtek Waglewski czy Marcin Pospieszalski, dyrygentów – Michała Nesterowicza, Huberta Kowalskiego, kompozytorów – na przykład Karima Martusewicza, współtwórcy „Pół płyty”. To zajęcie ma tę dobrą stronę, że można spotkać wielu niezwykłych, utalentowanych ludzi. Z unikalnymi umiejętnościami. Od kilku lat współpracuję z Grażynką Łobaszewską i zespołem Ajagore. To bardzo przyjacielskie relacje.
Jesteś artystą dbającym o swoje prawa autorskie, aktywnie uczestniczysz w życiu naszego stowarzyszenia. Jakie są twoje refleksje związane z ZAiKS-em?
Mam daleko idące przypuszczenie, że ZAiKS bardzo się rozwinął w wielu dziedzinach. Ułatwiając dostęp do wielu treści i informacji na portalu, organizując wiele akcji twórczych. Wspiera zamysły artystyczne w różnych dziedzinach. Funkcjonuje tak, jak powinno działać tego typu stowarzyszenie.
A kiedy ZAiKS pojawił się w twoim twórczym życiu?
Już na początku lat 90. Wtedy zgłosiłem swoje pierwsze utwory pod ochronę. Obowiązywały jeszcze papierowe legitymacje uprawniające do wejścia do różnych miejsc związanych ze Stowarzyszeniem.
W TekstMisji pracowałeś z młodymi twórcami. Jakie emocje temu towarzyszyły? Wzbogaciło cię to w jakiś sposób?
Na mnie działa motywacja i ciekawość tych młodych ludzi pojawiających się na TekstMisji. Uważnie słuchają, pracują prawie bez wytchnienia. Te warsztaty to prawdziwy maraton kreatywności, umiejętności współpracy. Niekiedy też rezygnacji z już nabytych nawyków. My, prowadzący zajęcia, jesteśmy od uruchamiania wyobraźni. Codzienne spotkania przebiegają w bardzo życzliwej atmosferze. Jeśli to może stać się twórczą trampoliną do dalszego rozwoju, to byłbym zadowolony.
Jesteś dla wielu młodych twórców niekwestionowanym autorytetem i mentorem. Jak się czujesz w tej roli?
Nie odczuwam tego w ten sposób. Jeśli ktoś tak mnie widzi, to nic na to nie poradzę. Mogę być dla tych młodych ludzi kimś, kto posługuje się wiedzą i doświadczeniem zdobywanym od kilkudziesięciu lat. Jednak możemy się różnić w sprawach obecności medialnej, rozwijania tzw. kariery czy w wielu innych dziedzinach. Każdy powinien dokonać swoich wyborów zgodnie z sumieniem, potrzebami, oczekiwaniami, potencjałem, umiejętnościami. Czas pokaże, co z tego wyniknie…
Moja ulubiona piosenka zespołu Raz, Dwa, Trzy to W wielkim mieście. Śpiewasz tam: „doczekam takiej chwili i nie mogę się nadziwić”. Jakiej chwili chcesz doczekać?
Być może takiej, w której życie byłoby bardziej do zniesienia, a świat odrobinę lepszy. Bywa różnie, bo na tym polega amplituda życia, żeby było różnie. Może w tym oczekiwaniu jest próba dążenia do osiągnięcia jakiejś pełniejszej harmonii, radości z odkrytych nieznanych, a przecież istniejących proporcji. Jako sceptyk pełen nadziei i niepoprawny chwilami idealista nieustannie usiłuję porzucać złudzenia, nie rezygnując z marzeń.
Teraz czekasz na to samo?
Trudno odpowiedzieć na to pytanie. Zmieniamy się, choć nasza wewnętrzna ludzka natura może pozostawać niezmienna. Jeśli ktoś może „pokochać jeszcze prościej”, wtedy wypełnia się oczekiwanie na to, co powinno być.