Nie tak dawno odkryłam, że „XD” znaczy zupełnie co innego niż „xd”. Jestem z pokolenia milenialsów, więc sprawa nie jest dla mnie oczywista.
Za to różnicę doskonale wyczuwają przedstawiciele generacji Z – ci sami, którzy używają na co dzień słówek „essa”, „rel” i „slay”. Może to brzmi absurdalnie, ale takie drobiazgi skutecznie przypominają, że osoby urodzone w odstępie zaledwie kilku lat dorastają w nieco innej rzeczywistości. Świat emotek, memów i internetowego slangu to tylko wierzchołek góry lodowej. Pokolenie X pamięta rzeczywistość bez internetu, milenialsi obserwowali jego narodziny, a zetki nie znają świata bez smartfonów, mediów społecznościowych i nieograniczonego dostępu do informacji.
W świecie muzyki pojęcie pokolenia nie jest niczym nowym. Muzykolodzy wyróżniają na przykład „pokolenie stalowowolskie” reprezentowane przez Eugeniusza Knapika, Aleksandra Lasonia i Andrzeja Krzanowskiego albo „pokolenie ’33” odnoszące się do Krzysztofa Pendereckiego, Henryka Mikołaja Góreckiego i Zbigniewa Bujarskiego. Mówi się też o kolejnych generacjach twórców skupionych wokół określonych festiwali i środowisk. Jednak takie podziały zwykle odnoszą się do podobieństwa języka muzycznego i wspólnych wyborów estetycznych. Tymczasem współczesne rozumienie pokoleniowości wygląda nieco inaczej. Pokolenia X, Y i Z definiowane są nie przez styl twórczości, ale przez warunki dorastania – z akcentem na technologie, media i sposoby komunikacji.
OD WINDOWSA 95 DO SZTUCZNEJ INTELIGENCJI
Rok 1995. W Polsce niewiele osób ma w domu dostęp do internetu. Google jeszcze nie istnieje, YouTube powstanie dopiero za dziesięć lat, a Spotify za trzynaście. Na rynek wchodzi Windows 95. Młody kompozytor kończący studia korzysta najczęściej z komputera wyposażonego w procesor Intel 486 lub jednego z pierwszych Pentiumów. Programy do edycji nut są dostępne tylko dla nielicznych. Tymczasem w warszawskim Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia młody Paweł Mykietyn, student Włodzimierza Kotońskiego – pioniera polskiej muzyki elektronicznej – korzysta z możliwości, o których wielu jego rówieśników może jedynie marzyć. Studio, wyposażone na początku lat 90. w nowoczesny sprzęt komputerowy, staje się miejscem spotkania tradycyjnego warsztatu kompozytorskiego z technologiczną rewolucją. To tutaj Mykietyn tworzy Epiforę na fortepian i taśmę – utwór nagrodzony później na Międzynarodowej Trybunie Muzyki Elektroakustycznej w Amsterdamie. Nie jest jedyny. Dla całego pokolenia kompozytorów wchodzących wówczas na scenę – twórców takich jak Jarosław Siwiński czy Anna Ignatowicz- Glińska – nowe technologie stają się ważnym narzędziem poszerzającym muzyczną wyobraźnię. Pokolenie X, mimo że dorasta jeszcze w świecie analogowym, doświadcza cyfrowej transformacji warsztatu kompozytora.
Rok 2010. Internet jest już codziennością, ale nie zdążył jeszcze całkowicie zdominować życia. Facebook przestaje być wyłącznie ciekawostką, rośnie popularność YouTube’a, a programy do edycji nut, takie jak Sibelius czy Finale, są już standardem. Młodzi polscy kompozytorzy coraz śmielej wychodzą poza granice jednego kraju i jednego medium. Jagoda Szmytka rozwija karierę pomiędzy Polską a Niemcami, współpracując z najważniejszymi europejskimi festiwalami muzyki współczesnej i tworząc utwory, w których tradycyjna partytura staje się tylko jednym z elementów rozbudowanego performansu. Tomasz Opałka łączy działalność kompozytora muzyki współczesnej z fascynacją kinem; wkrótce wyjedzie do Los Angeles, gdzie będzie współpracował z hollywoodzkimi twórcami, takimi jak Christopher Young czy Marco Beltrami. Coraz większą rozpoznawalność zyskuje Marta Śniady, która za kilka lat skomponuje Memoperę – operę opartą na autentycznych wpisach internautów, łączącą współczesną muzykę eksperymentalną z estetyką internetowych memów. Dla pokolenia Y komputer nie jest już eksperymentalnym urządzeniem dostępnym wyłącznie w elitarnych studiach. Staje się niewidzialną infrastrukturą codziennej pracy. Rośnie też znaczenie mobilności. Milenialsi studiują i pracują w różnych krajach, uczestniczą w międzynarodowych kursach i budują sieci kontaktów wykraczające poza jedno środowisko artystyczne.

I wreszcie – rok 2026. Smartfon stał się przedłużeniem ręki, a internet jest środowiskiem, w którym funkcjonujemy przez cały dzień. TikTok wyznacza tempo przepływu informacji, a algorytmy podpowiadają nam, czego słuchać i co oglądać. W ciągu kilkunastu minut można obejrzeć fragment wykładu kompozytora z Nowego Jorku, spotkać się na wideochacie z muzykiem z Tokio i porozmawiać ze sztuczną inteligencją o multifonach na klarnecie basowym. AI nie jest już futurystyczną ciekawostką, ale codziennym narzędziem wykorzystywanym do wyszukiwania informacji czy organizacji pracy.
W takiej rzeczywistości dorasta między innymi Filip Gołdanowski, urodzony w 2008 roku warszawski kompozytor, który mimo bardzo młodego wieku ma już na koncie sukcesy w prestiżowych konkursach, m.in. w Konkursie dla Młodych Kompozytorów im. Krzysztofa Pendereckiego. Należy do najmłodszych przedstawicieli pokolenia Z – generacji wychowanej w świecie smartfonów, streamingu i sztucznej inteligencji. Można by przypuszczać, że twórca dorastający w takiej rzeczywistości będzie sięgał po najnowsze technologie na każdym etapie pracy. Jednak sprawa jest bardziej złożona…
WBREW ALGORYTMOM
Przestrzeń pracy Filipa Gołdanowskiego to miejsce z pogranicza tradycyjnego kompozytorskiego gabinetu i galerii sztuki. Nie znajdziemy tu konsolety, niezliczonych zwojów kabli ani kilku monitorów. Zamiast tego są regały wypełnione partyturami mistrzów i starannie uporządkowane szkice własnych utworów – bo młody twórca zapisuje muzykę ręcznie. Jego partytury zachwycają nie tylko precyzją zapisu, lecz także walorami estetycznymi. Momentami przypominają wręcz autonomiczne dzieła graficzne. Jak sam przyznaje, ręczne notowanie muzyki sprawiało mu przyjemność od najmłodszych lat. Fascynuje go nie tylko sam proces komponowania, ale również wizualny wymiar partytury. „Kocham papier oraz partytury, które nieraz są równocześnie dziełami plastycznymi. Inspiracją dla mnie są tacy kompozytorzy jak Sylvano Bussotti, R. Murray Schafer, wczesny Karlheinz Stockhausen – ich partytury są po prostu nieziemskie”.
Co ciekawe, Gołdanowski dystansuje się również od wielu zjawisk powszechnie kojarzonych z jego generacją. Choć korzysta z elektroniki i tworzy materiały wideo do własnych utworów, nie uważa się za szczególnie „nowoczesnego”. Nie szuka inspiracji w mediach społecznościowych ani w popkulturze, znacznie bliższa jest mu obserwacja natury i próba przekładania jej zjawisk na język muzyki. Jego przykład pokazuje, że przynależność pokoleniowa nie musi przesądzać o estetycznych wyborach twórcy ani o preferowanych przez niego narzędziach pracy.
Oczywiście każda próba opisywania twórców przez pryzmat pokoleniowych kategorii niesie ze sobą ryzyko uproszczenia. W końcu za etykietami stoją konkretni artyści, których wybory nie muszą podążać za dominującymi trendami. Przykład Filipa Gołdanowskiego wydaje się jednak świadczyć o czymś więcej niż tylko o tym, że od każdej reguły znajdą się wyjątki. Może w świecie przeciążonym technologią, nieustannym przepływem informacji i niemal nieograniczonymi możliwościami, powrót do prostoty i analogowości staje się nową formą buntu? Może największym luksusem jest dziś czas spędzony sam na sam z kartką papieru, ołówkiem i własnymi myślami?
KOMPOZYTORZY PRZYSZŁOŚCI
Kompozytorskie zetki to wciąż nie koniec pokoleniowej wyliczanki. Już wkrótce będą kończyć szkoły muzyczne najstarsi przedstawiciele pokolenia Alfa (urodzeni już po 2010 roku). Pierwszych muzycznych kroków pokolenia Beta (obejmującego dzieci urodzone od 2025 roku), można się spodziewać dopiero za parę lat, ale już dziś wiadomo, że będą to kompozytorzy dorastający w rzeczywistości całkowicie nasyconej sztuczną inteligencją.
Dla pokolenia X rewolucją był komputer. Milenialsi obserwowali rozwój internetu. Zetki oswoiły media społecznościowe i algorytmy rekomendacyjne. Dla Alf i Bet AI prawdopodobnie stanie się równie naturalnym narzędziem jak wyszukiwarka internetowa dla ich starszych kolegów. Badacze przewidują, że sztuczna inteligencja przestanie być wyłącznie narzędziem wspierającym proces twórczy, a stanie się jego pełnoprawnym uczestnikiem. Coraz częściej mówi się wręcz o „AI natives” – pokoleniu osób, które od najmłodszych lat będą funkcjonować w nieustannym dialogu z algorytmami.
Nietrudno wyobrazić sobie przyszłość, w której większość kompozytorów będzie konsultować pomysły z algorytmem, generować dziesiątki wariantów materiału dźwiękowego i testować je w wirtualnych środowiskach jeszcze przed pierwszą próbą z muzykami. Niełatwo też wymyślić świat, w którym współpraca kompozytorów z AI wykroczy poza granice zwykłej „konsultacji”.

Trudno w tym momencie wyrokować, czy twórczość zostanie podporządkowana logice algorytmów i ekonomii uwagi, ale warto zwrócić uwagę na to, że im więcej możliwości oferuje technologia, tym silniejsza wydaje się potrzeba prostoty. Można to zaobserwować nie tylko w świecie muzyki. Powracają płyty winylowe, analogowe syntezatory i fotografia na kliszy. Renesans przeżywają papierowe kalendarze, rękodzieło i przedmioty, których wykonanie wymaga czasu, cierpliwości oraz fizycznego zaangażowania. Tak jakby w świecie natychmiastowych rozwiązań ludzie zaczęli tęsknić za doświadczeniami, których nie da się przyspieszyć ani zoptymalizować.
Być może więc pytanie o to, czy da się odnaleźć wspólne mianowniki dla muzycznych pokoleń X, Y i Z, nie jest najważniejsze. Znacznie ciekawsza wydaje się inna kwestia: jak twórcy odnajdują własny głos w świecie, który oferuje im niemal nieskończoną liczbę możliwości? Może właśnie dlatego, że tak wiele rzeczy można dziś wygenerować, skopiować i przyspieszyć, coraz większego znaczenia nabierają gesty proste, powolne i niepowtarzalne – takie jak ręcznie zapisana partytura.